googleb4f6e4125b867f46.html

23 maja 2014

Albert Hofmann LSD, Moje Trudne Dziecko

Przedmowa

Istnieją takie przeżycia, o których większość z nas woli milczeć, gdyż nie odnoszą się do codziennej rzeczywistości i nie poddają racjonalnym wyjaśnieniom. Nie wywołują ich jakieś szczególne zdarzenia zewnętrzne, są one raczej związane z naszym życiem wewnętrznym. Najczęściej lekceważymy je, traktując jako wytwory wyobraźni, i nie dopuszczamy ich do świadomości. I nagle, w sposób niezwykły, zachwycający lub alarmujący, znane nam otoczenie ulega transformacji, ujawnia się nam w nowym świetle, nabiera wyjątkowego znaczenia. Przeżycie tego rodzaju może być słabe i ulotne jak muśnięcie powietrza, ale może też odcisnąć się głęboko w naszych umysłach.
Jedno z zauroczeń tego rodzaju przytrafilo mi się w dzieciństwie i do dzisiaj pozostało żywe w mojej pamięci. Zdarzyło się to pewnego majowego ranka nie pamiętam już, który to był rok, lecz wciąz jestem w stanie wskazać dokładnie miejsce tego wydarzenia, znajdujące się na leśnym szlaku, prowadzącym na Martinsberg, powyżej Baden, w Szwajcarii. Kiedy spacerowałem tam pomiędzy świeżo zazielenionymi drzewami, rozświetlonymi porannym słońcem i wypełnionymi ptasim śpiewem, wszystko naraz pojawiło się skąpane w niezwykle czystym świetle. Czy przyczyną tego było coś, czego po prostu wcześniej nie zauważyłem ? A może odkrywałem wiosenny las we właściwej mu postaci? Świecił najcudowniejszym blaskiem, przemawiając do serca w taki sposób, jakby chciał mnie objąć swoim dostojeństwem. Byłem wypełniony błogim poczuciem radości, jedności i bezpieczeństwa.
Nie mam pojęcia, jak długo stałem tam oczarowany. Kiedy ruszyłem dalej, przypominam sobie tylko niepokój, który poczułem, gdy blask powoli niknął. W jaki sposób tak realna i przekonująca wizja, tak bezpośrednio i głęboko odczuta, mogła się tak szybko skończyć? I w jaki sposób mógłbym się nią z kimś podzielić, do czego skłaniała mnie przepełniająca mnie radość, skoro wiedziałem, że żadne słowa nie są w stanie oddać tego, co zobaczyłem. Wydawało się dziwne, że ja, jako dziecko, zobaczyłem coś tak wspaniałego, coś, czego dorośli z pewnością nie doświadczyli, gdyż nigdy nie słyszałem, aby o czymś takim wspominali. W okresie dzieciństwa jeszcze kilka razy przeżywałem podobnie euforyczne stany podczas wędrówek przez lasy i łąki. To właśnie te doświadczenia ukształtowały zręby mojego światopoglądu i przekonały mnie o istnieniu cudownej, potężnej i niezgłębionej rzeczywistoci, która pozostawała ukryta przed codziennym spojrzeniem.
Moim częstym zmartwieniem tamtych dni była wątpliwość, czy kiedykolwiek, już jako dorosły, będę w stanie podzielić się z kimś tymi dowiadczeniami; czy będę miał okazję przekazać swoje wizje poprzez poezję czy malarstwo. Lecz wiedząc, że nie zostałem stworzony na poetę czy artystę, podejrzewałem, że będę zmuszony zachować te cenne przeżycia wyłącznie dla siebie. Nieoczekiwanie - nieledwie przez przypadek i dużo później, kiedy byłem już w średnim wieku, te wizyjne doświadczenia z dzieciństwa połączyły się z moimi zajęciami zawodowymi.
Chęć uzyskania wglądu w strukturę i esencję materii spowodowała, że wybrałem zawód chemika.
Ponieważ od dziecka interesowałem się światem roślin, postanowiłem specjalizować się w składnikach roślin leczniczych. Podążając tym zawodowym tropem, zająłem się substancjami psychoaktywnymi, powodującymi halucynacje, które w pewnych warunkach mogły wywoływać stany wizyjne podobne do tych spontanicznych przeżyć, które opisałem. Najważniejsza z tych halucynogennych substancji stała się znana jako LSD. Substancje halucynogenne, jako aktywne związki, będące przedmiotem znacznego zainteresowania nauki, znalazły zastosowanie w badaniach medycznych, w biologii i psychiatrii a póniej, zwłaszcza poprzez LSD, szeroko wniknęły w kulturę narkotykową.
Studiując literaturę związaną z moją pracą stałem się świadomy, jak wielkie i uniwersalne znaczenie posiada doświadczenie wizyjne. Pełni ono dominującą rolę nie tylko w mistycyzmie i historii religii, ale także w twórczym procesie artystycznym, w literaturze i nauce. Nowsze badania wykazują, że wielu ludzi doświadcza wizji w codziennym życiu, choć większości z nas nie udaje się rozpoznać ich znaczenia i wartości. Mistyczne przeżycia podobne do tych, które zaznaczyły się w moim dzieciństwie, nie są najwidoczniej wcale takie rzadkie. W dzisiejszych czasach daje się zauważyć duże zainteresowanie osiąganiem przeżyć mistycznych, wizyjnymi wglądami w głębszą, pełniejszą rzeczywistoć niż ta, która jawi się naszej racjonalnej, codziennej świadomości. W celu przekroczenia naszego materialistycznego sposobu ujmowania świata, podejmowane są różnorodne wysiłki - nie tylko przez osoby przystępujące do wschodnich ruchów religijnych, lecz także przez zawodowych psychiatrów, którzy z głębokiego duchowego przeżycia czynią podstawową zasadę terapii. Podzielam pogląd wielu współczenie żyjących ludzi, że kryzys duchowy ogarniający wszystkie sfery zachodniego społeczeństwa przemysłowego może być zażegnany jedynie poprzez zmianę naszego wyobrażenia o świecie. Powinniśmy pokonać materialistyczny i dualistyczny pogląd, że ludzie i środowisko są od siebie oddzieleni, oraz przyjąć do świadomoci rzeczywistość ogarniającą wszystko, także doświadczające ego. Powinniśmy tym samym uświadomić sobie istnienie sfery, w której ludzie czują jedność z ożywioną naturą i z całym stworzeniem. Wszystko, co może się przyczynić do takiej fundamentalnej zmiany w naszym postrzeganiu rzeczywistości, musi w związku z tym zasługiwać na szczerą uwagę. Najważniejszymi wśród tych propozycji są różne metody medytacji, zarówno religijnej, jak i świeckiej, które mają na celu pogłębienie oglądu rzeczywistości poprzez całościowe doświadczenie mistyczne. Inną ważną, choć ciągle budzącą liczne kontrowersje, cieżką prowadzącą do tego samego celu jest użycie halucynogennych psychofarmaceutyków, posiadających właściwość zmieniania stanów świadomoci. LSD znalazło takie zastosowanie w medycynie, w psychoanalizie i psychoterapii, wspomagając pacjentów w dostrzeganiu prawdziwego znaczenia ich problemów.
Celowe prowokowanie mistycznych doświadczeń, szczególnie przy użyciu LSD i podobnych związków halucynogennych, zawiera, w przeciwieństwie do spontanicznych dowiadczeń wizyjnych, zagrożenia, których nie wolno umniejszać. Praktycy muszą wziąć pod uwagę szczególne skutki użycia tych substancji, a zwłaszcza ich zdolność do wpływania na świadomość, najskrytszą esencję naszego bytu. Dotychczasowa historia LSD pokazuje wystarczająco wyraźnie, jakie katastrofalne skutki mogą wystąpić, gdy głęboki efekt działania tej substancji jest niewłaciwie oceniony, gdy jest ona mylnie traktowana jako uprzyjemniający życie narkotyk. Zanim eksperyment z LSD może stać się znaczącym doświadczeniem, muszą być przedsięwzięte szczególne, wewnętrzne i zewnętrzne zabiegi. Złe i niewłaściwe użycie sprawiło, że LSD stało się moim trudnym dzieckiem.
Moim pragnieniem wyrażonym tą książką jest, aby przedstawić pełny obraz LSD, obraz jego powstania, działania, możliwości wykorzystania oraz związanych z nim niebezpieczeństw, i aby przeciwstawić się rosnącemu nadużywaniu tego niezwykłego specyfiku. Mam przez to nadzieję położyć szczególny akcent na potencjalne użycie LSD, które powinno być zgodne z jego charakterystycznym działaniem. Wierzę, że kiedy ludzie w przyszłości nauczą się rozsądniej wykorzystywać halucynogenny potencjał LSD - w odpowiednich warunkach, w praktyce medycznej i w połączeniu z medytacją - wtedy moje trudne dziecko może stać się dzieckiem cudownym.

Przedmowa do wydania kieszonkowego z 1993 roku, w 50 lat po odkryciu LSD.

W zakończeniu przedmowy napisanej osiemnaście lat temu została wyrażona nadzieja, że trudne dziecko może stać się dzieckiem cudownym, o ile nauczy się lepiej wykorzystywać swoje niezwykłe, psychiczne właściwości. LSD pozostaje jednak, jak dotąd, dzieckiem trudnym. Z początku środek ten służył niemal wyłącznie medycynie oraz badaniom biologicznym. W latach sześćdziesiątych trafił jednak na czarny rynek i stał się popularnym, masowo spożywanym narkotykiem - głównie w USA - co rodziło wiele problemów. Służby medyczne wprowadziły w związku z tym drakoński zakaz używania tej i podobnych substancji, który dotyczył także praktyki medycznej w obszarze psychologii i psychiatrii. Zakaz ten obowiązuje do dziś. Choć prywatne użycie LSD nie zanikło z wszystkimi niebezpieczeństwami i negatywnymi skutkami związanymi z nielegalnym rynkiem administracyjne restrykcje doprowadziły do zawieszenia badań medycznych, Trudności, jakie napotyka psychiatria ze strony administracji, na drodze ponownego udostępnienia medycynie tego specyfiku, nie zostały do dziś dnia przezwyciężone. Jest to trudne do zrozumienia, gdyż wyniki badań wykazują, że medyczne użycie LSD nie powoduje żadnych zagrożeń, a wykorzystanie go w psychiatrii jako lekarstwa wspomagającego terapie byłoby wskazane. Zakaz ten budzi obiekcje także i z tego powodu, że w znanych meksykańskich, magicznych narkotykach, które od stuleci były wykorzystywane w celach medycznych, znalezione zostały substancje podobne do LSD. Cenne doświadczenia związane z tymi związkami warte są więc dokładnego zbadania.
To nie przypadek, że LSD utorowało drogę do mojego laboratorium magicznym narkotykom. Wynika to ze zbliżonych skutków psychicznych, jakie wywołują magiczne rośliny i LSD, co odkryli etnolodzy i botanicy badający ich wykorzystanie przez Indian zamieszkujących południowe, górzyste tereny Meksyku. Z tego powodu ich chemiczne badania były prowadzone w tym samym laboratorium, w którym odkryto LSD. Ich analiza przyniosła nieoczekiwane rezultaty, świadczące o tym, że struktury chemiczne LSD i czynnych substancji, pochodzących z tych roślin, są bardzo podobne. LSD należy do grupy maksykańskich, magicznych narkotyków zarówno jeśli chodzi o budowę chemiczną, jak i rodzaj psychicznego oddziaływania, co stało się istotnym wnioskiem naukowym.
Przygoda związana z odkryciem LSD miała swoją niespodziewaną kontynuację piętnacie lat później, w postaci ekscytujących badań nad pradawnymi, magicznymi narkotykami. Opis tych wydarzeń zajmuje dużą część niniejszej książki.


1. Jak powstało LSD

W obszarze naukowej obserwacji szczęście sprzyja tylko tym, którzy Są gotowi.
Louis Pasteur

Ciągle słyszę lub czytam, że LSD zostało odkryte przez przypadek. To tylko część prawdy. LSD zostało powołane do istnienia w ramach regularnego programu badawczego, a “przypadek” zdarzył się znacznie później, kiedy LSD miało prawie pięć lat. Wówczas to doświadczyłem jego nieprzewidywalnego działania w swoim własnym ciele lub raczej - w swoim własnym umyśle.
Oglądając się wstecz na przebieg mojej kariery zawodowej - w celu prześledzenia znaczących wydarzeń i decyzji - mogących mieć wpływ na moją pracę, która zaowocowała syntezą LSD, stwierdzam, że najbardziej decydującym krokiem był tu mój wybór miejsca zatrudnienia po ukończeniu studiów chemicznych. Gdyby moja decyzja była inna, wówczas ta substancja, która stała się znana całemu światu, mogła była nigdy nie zostać stworzona. A zatem, aby opowiedzieć historię o powstaniu LSD, muszę dotknąć nieco tematu mojej kariery chemika, gdyż te dwa procesy są ze sobą nierozerwalnie powiązane.
Wiosną 1929 roku, po ukończeniu studiów chemicznych na uniwersytecie w Zurychu, zatrudnilem się w farmaceutyczno-chemicznym laboratorium naukowym zakładów Sandoz w Bazylei jako współpracownik profesora Arthura Stolla, założyciela i dyrektora oddzialu farmaceutycznego. Wybralem to stanowisko, gdyż zapewnialo mi okazję pracy z produktami naturalnymi, podczas gdy dwie inne oferty pracy z firm chemicznych z Bazylei były związane z pracą w dziedzinie chemii syntetycznej.

Pierwsze badania chemiczne

Już moja praca doktorska w Zurychu pod kierunkiem profesora Paula Karrera dała mi okazję realizowania moich zainteresowań w obszarze chemii związków pochodzenia zwierzęcego i roślinnego. Używając soku żołądkowo-jelitowego węża winnicowego, przeprowadziłem enzymatyczną degradację chityny, materiału, z którego są zbudowane skorupy, skrzydła i szczypce owadów, skorupiaków i innych zwierząt niższych. Byłem w stanie wywieść chemiczną strukturę chityny z produktu rozpadu w postaci cukru zawierającego azot, uzyskanego w wyniku tej redukcji. Chityna okazała się być analogiem celulozy, materiału budulcowego roślin. Ten ważny wynik, uzyskany zaledwie trzy miesiące od rozpoczęcia badań, doprowadził mnie do uzyskania doktoratu “z wyróżnieniem”. Kiedy zatrudniłem się w zakładach Sandoza, zespół oddziału farmaceutyczno-chemicznego był ciągle niewielki. Czterej chemicy ze stopniami doktora pracowali przy badaniach, zaś trzej w produkcji.
W laboratorium Stolla znalazłem zajęcie, które całkowicie satysfakcjonowało mnie jako chemika-badacza. Celem, jaki przyświecał profesorowi Stollowi przy tworzeniu laboratoriów badawczych oddziału farmaceutyczno-chemicznego była izolacja aktywnych czynników (tzn. efektywnych składników) popularnych roślin leczniczych w celu wyprodukowania czystych próbek tych substancji. Jest to szczególnie istotne w odniesieniu do roślin leczniczych, których składniki aktywne są niestabilne lub których moc waha się znacznie, co utrudnia ustalenie właściwej dawki. Gdy jednak aktywny czynnik jest osiągalny w czystej postaci, możliwa staje się produkcja trwałych farmaceutyków, których dawkę można dokładnie określić przez ważenie. Mając to na uwadze, profesor Stoll wybrał do dalszych badań substancje pochodzenia roślinnego o rozpoznanej wartości, uzyskane z takich roślin jak: naparstnica (Digitalis), cebula morska (Scilla maritima) i sporysz żyta (Claviceps purpurea lub Secale cornutum), które, mimo niestabilności i niepewnego dozowania, miały jednak niewielkie zastosowanie w medycynie.
Moje pierwsze lata pracy w laboratoriach Sandoza niemal wyłącznie poświęcone były badaniom aktywnych składników cebuli morskiej. W prace te wprowadził mnie dr Walter Kreis, jeden z pierwszych współpracowników profesora Stolla. Najważniejsze składniki tej rośliny istniały już w czystej formie, a ich aktywne czynniki zostały z niezwyklą wprawą wydzielone i oczyszczone przez dr. Kreisa, podobnie jak składniki wełnistej naparstnicy (Digitalis lanata). Aktywne składniki śródziemnomorskiej cebuli morskiej należą do grupy kardioaktywnych glikozydów (glikozydy. substancje zawierające cukier) i służą, podobnie jak składniki aktywne naparstnicy, w leczeniu niewydolności serca. Glikozydy nasercowe są substancjami o bardzo dużej mocy działania. Ponieważ ich dawka lecznicza niewiele różni się od dawki trującej, szczególnie ważne w tym przypadku jest dokładne dozowanie, możliwe dzięki czystym składnikom. Kiedy zaczynałem pracę badawczą, preparat farmaceutyczny zawierający Scilla glycosides był już wprowadzony przez Sandoza do terapii, jednakże struktura chemiczna zawartych w nim aktywnych składników, z wyjątkiem cukrów, pozostawała w znacznym stopniu nieznana.
Moim głównym wkładem w badania Scilli, w których uczestniczyłem pełen entuzjazmu, było objaśnienie chemicznej struktury wspólnego szkieletu występujących w niej cukrów (glikozydów) poprzez pokazanie, z jednej strony, różnic w stosunku do cukrów naparstnicy, z drugiej zaś, ich strukturalnych związków z toksycznym składnikiem wyizolowanym z gruczołów skórnych ropuchy. W 1935 roku te badania zostały na pewnym etapie zakończone. Poszukując nowego obszaru badań, poprosiłem profesora Stolla o umożliwienie mi kontynuacji badań nad alkaloidami sporyszu, które on rozpoczął w 1917 roku, i które w 1918 roku doprowadziły do izolacji ergotaminy. Ergotamina, odkryta przez Stolla, była pierwszym alkaloidem sporyszu uzyskanym w czystej chemicznie postaci. Choć związek ten szybko zaczął odgrywać znaczącą rolę w terapii (pod nazwą handlową Gynergen) jako środek homeostatyczny, wykorzystywany w położnictwie oraz jako lek przeciw migrenie, badania chemiczne sporyszu w laboratoriach Sandoza zostały zawieszone po wydzieleniu ergotaminy i określeniu doświadczalnie jej wzoru sumarycznego. Tymczasem, na początku lat trzydziestych, laboratoria angielskie i amerykańskie zaczęły określać chemiczną strukturę alkaloidów sporyszu. Odkryto też wtedy nowy, rozpuszczalny w wodzie alkaloid sporyszu, który podobnie mógł być wydzielony z macierzystego roztworu uzyskanego w procesie produkcji ergotaminy. Sądziłem więc, że czas najwyższy, aby Sandoz wznowił badania chemiczne alkaloidów sporyszu, które stawały się istotne, bowiem w przeciwnym razie groziła nam utrata pozycji lidera w badaniach medycznych. Profesor Stoll zgodził się na moją propozycję, choć towarzyszyły temu pewne obawy. "Muszę cię ostrzec przed trudnościami, wobec których staniesz, zajmując się alkaloidami sporyszu. Są to substancje niezwykle wrażliwe, łatwo ulegają rozpadowi i są mniej stabilne niż jakiekolwiek składniki, z którymi mialeś do czynienia podczas pracy z glikozydami nasercowymi. Ale możesz spróbować".
Tak więc klamka zapadła i zająłem się dziedziną badań, które stały się zasadniczym wątkiem mojej kariery zawodowej. Nigdy nie zapomnę twórczej radości i niecierpliwego oczekiwania, jakie czułem, podejmując badania alkaloidów sporyszu - obszaru poszukiwań w tamtych czasach stosunkowo mało znanego.

Sporysz

Pomocne w tym miejscu byłoby przytoczenie kilku podstawowych informacji na temat samego sporyszu. Jest on produkowany przez niższe grzyby (Claviceps purpurea), które rosną jako parazyty na życie, rzadziej na innych zbożach i dzikich trawach. Ziarna zaatakowane przez ten grzyb stają się z początku jasnobrązowe, a potem zmieniają się w zakrzywione, fioletowobrązowe strąki (sclerotia), które wydostają się z łuski z miejsca, gdzie było ziarno. Sporysz jest klasyfikowany botanicznie jako sclerotium, forma, którą przyjmuje w zimie. Sporysz żytni (Secale cornutum) jest na wiele sposobów użyteczny medycznie.
Sporysz, bardziej niż inne specyfiki, posiada fascynującą historię, w wyniku której jego znaczenie uległo całkowitej przemianie: od trucizny, której się lękano, po wartościowe lekarstwo, sprzedawane w drogich sklepach. Na scenę historii sporysz zawitał we wczesnym średniowieczu jako przyczyna epidemii masowych zatruć, które dotykały tysiące ludzi żyjących w tamtych czasach. Objawy zatrucia, którego związek ze sporyszem nie był przez długi czas ludziom znany, były dwojakiego rodzaju: gangrenowe (ergotismus gangraenosus) i konwulsyjne (ergotismus convulsivus). Popularne określenia tego zatrucia, takie jak “mal des ardens”, “ignis sacer”, “heiliges Feuer” czy “St' Antony's fire” [ ognie św. Antoniego] - odnoszą się do gangrenowej formy tego zatrucia. Patronem ofiar zatrucia sporyszem jest w. Antoni i to jego zakon jako pierwszy zajmowal się tego rodzaju pacjentami. Aż do niedawna świadectwa wybuchów “epidemii” zatrucia sporyszem notowano w większości krajów europejskich, włączając w to niektóre obszary Rosji. Wraz z postępem w rolnictwie i od czasu stwierdzenia w XVII w, że chleb zawierający sporysz był ich przyczyną, częstość i zasięg epidemii zatrucia sporyszem znacznie się zmniejszyly. Ostatnia wielka epidemia zdarzyła się na terenach południowej Rosji w latach 1926-27 Masowe zatrucie w miescie Pont-St.Esprit we Francji, jakie zdarzylo się w 1951 roku, które wielu piszących o tym wydarzeniu łączyło ze sporyszem, w rzeczywistości nie miało z nim nic wspólnego. Było raczej wynikiem zatrucia związkami rtęci zawartymi w środku stosowanym do czyszczenia ziarna.
Pierwsze wzmianki o medycznym wykorzystaniu sporyszu pochodzą z roku 1582, z zielnika Adama Lonitzera (Lonicerus), lekarza miejskiego z Frankfurtu, który wymienia go jako środek na przyspieszenie porodu. Chociaż sporysz, jak stwierdza Lonitzer, był używany od pradawnych czasów przez położne, lek ten trafił do oficjalnej medycyny dopiero w 1808 roku, w wyniku pracy amerykańskiego lekarza Johna Stearnsa Account of the Putvis Parturiens, a Remedy for Quickening Childbirth. Użycie sporyszu jako środka przypieszającego poród nie trwało jednak długo, jako że lekarze stali się wkrótce świadomi dużego zagrożenia dla dziecka.
Zagrożenie to związane było głównie z niepewnością co do dawki, której przekroczenie prowadziło do skurczów macicy. Z tego powodu użycie sporyszu jako leku w położnictwie zostało ograniczone do przypadków postpartum hemorrhage (krwawienia poporodowego). Dopiero w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku, w następstwie pojawienia się sporyszu w licznych farmakopeach, zostały podjęte pierwsze próby wyizolowania z niego substancji aktywnych. Jednakże żadnemu z badaczy, którzy zajmowali się tym zagadnieniem w ciągu następnych stu lat, nie udało się wyodrębnić właściwych substancji odpowiedzialnych za działanie lecznicze sporyszu. W 1907 roku Anglicy G. Berger i F. H. Carr jako pierwsi wyodrębnili ze sporyszu aktywny, alkaloidowy preparat, który nazwali ergotoksyną, gdyż posiadał właciwości w większym stopniu toksyczne niż lecznicze. (Preparat ten nie był jednorodny, lecz stanowił mieszaninę kilku alkaloidów, co wykazałem trzydzieci pięć lat później.) Niemniej jednak, farmakolog H. H. Dale odkrył, że ergotoksyna, poza oddziaływaniem na macicę, stymuluje także ujemnie wydzielanie adrenaliny w autonomicznym systemie nerwowym, co mogło prowadzić do leczniczego wykorzystania alkaloidów sporyszu. Dopiero jednak wyodrębnienie ergotaminy przez A. Stolla (o czym wczeniej wspominałem) sprawiło, że alkaloidy sporyszu zaczęły znajdować szerokie zastosowanie w lecznictwie. Wspomniane już okrelenie chemicznej struktury alkaloidów sporyszu w amerykańskich i angielskich laboratoriach rozpoczęlo nową erę w badaniach tej substancji we wczesnych latach trzydziestych. W. A Jacobs i L. C. Craig z Instytutu Rockefellera w Nowym Jorku , posługując się metodą rozkładu chemicznego, wyizolowali i opisali wspólny szkielet wszystkich alkaloidów sporyszu. Nazwali go kwasem lizerginowym. Potem nastąpiło zasadnicze odkrycie, przydatne zarówno w chemii, jak i w medycynie: wydzielenie trwałego, podstawowego związku o specyficznym działaniu na macicę. Doniesienie o tym odkryciu zostało opublikowane równolegle i całkiem niezależnie przez cztery instytucje, w tym także przez laboratoria Sandoza. Związek ten, będący alkaloidem o stosunkowo prostej strukturze, został nazwany przez A. Stolla i E. Burckhardta ergobazyną (jest znany także jako ergometryna lub ergonowina). Poprzez chemiczną degradację ergobazyny W. A. Jacobs i L. C. Craig uzyskali kwas lizerginowy i amino alkoholo propanoloaminę jako produkty rozkładu. Uznałem za najważniejszy cel mojej pracy syntezę tego alkaloidu poprzez chemiczne połączenie dwóch składników ergobazyny. kwasu lizerginowego i propanoloaminy (zobacz: wzory strukturalne w dodatku). Niezbędny dla tych badań kwas lizerginowy musiał być wydzielony z rozkładu innego alkaloidu sporyszu. Jako materiał wyjściowy dla dalszych prac wybrałem ergotaminę, gdyż tylko ona była dostępna w czystej postaci alkaloidu i produkowana w kilogramowych ilociach przez wydział produkcji lekarstw. Zabrałem się do dzieła z 0.5 g ergotaminy, którą otrzymalem od pracowników z wydziału produkcji. Kiedy w celu zatwierdzenia wyslałem formularz z zamówieniem wewnętrznym do profesora Stolla, pojawił się w moim laboratorium z reprymendą: "Jeśli chcesz zajmować się alkaloidami sporyszu, musisz zaznajomić się z technikami mikrochemii. Nie dopuszczę do tego, żebyś marnował tak wielkie ilości mojej cennej ergotaminy do swoich badań " . (Mikrochemią nazywa się badania chemiczne z udziałem bardzo małych ilości substancji). Wydział produkcji opartej na sporyszu wykorzystywał do wytwarzania ergotaminy sporysz pochodzenia szwajcarskiego, a także portugalski, z którego otrzymywano bezpostaciowy preparat alkaloidowy podobny do wspomnianej ergotoksyny, uzyskanej przez Bergera i Carra. Postanowiłem wykorzystać ten mniej cenny surowiec do uzyskania kwasu lizerginowego. Alkaloid ten, otrzymany z wydziału produkcji, należało następnie oczyścić, zanim mógł być wykorzystany do rozkładu na kwas lizerginowy. Obserwacje poczynione w trakcie oczyszczania doprowadziły mnie do przypuszczenia, że ergotoksyna nie jest jednorodnym związkiem, ale mieszaniną kilku alkaloidów. W dalszej częci książki przedstawię, jak dalekie konsekwencje miały te obserwacje. Muszę w tym miejscu zrobić krótką dygresję i opisać warunki pracy oraz techniki, jakimi posługiwaliśmy się w tamtych czasach. Uwagi te mogą zainteresować współczesnych badaczy-chemików, którzy są przyzwyczajeni do dużo lepszych warunków pracy.
Prezentowalimy się nadzwyczaj skromnie. Prywatne laboratoria uważane były za rzadką ekstrawagancję. Podczas pierwszych szeciu lat mojej pracy w zakładach Sandoza, dzieliłem pracownię z dwoma kolegami. Trzej chemicy, każdy z jednym asystentem, pracowalimy w jednym pomieszczeniu przy trzech różnych tematach: dr Kreis przy cukrach pobudzających czynnoć serca, dr Wiedemann, który rozpoczął pracę niemal w tym samym czasie co ja przy barwniku liści - chlorofilu - i w końcu ja przy alkaloidach sporyszu. Pracownia była wyposażona w dwa grawitacyjne wyciągi (komory wyposażone w odprowadzenie), które zapewniały mniej niż skuteczną wentylację dzięki wykorzystaniu ciepła płomienia gazu. Kiedy zwrócilimy się do szefa o wyposażenie wyciągów w wentylatory, odmówił nam, uzasadniając to tym, że wentylacja grawitacyjna wykorzystująca ciepło płomienia w zupełnoci wystarcza laboratoriom Willstattera. Podczas ostatnich lat pierwszej wojny światowej profesor Stoll był w Berlinie i Monachium asystentem światowej sławy chemika, laureata nagrody Nobla, profesora Richarda Willstattera, z którym prowadził badania podstawowe nad chlorofilem i asymilacją dwutlenku węgla. Nie było chyba dysputy z profesorem Stollem, w której nie wspominałby swojego szacownego nauczyciela, profesora Willstattera, i pracy w jego laboratorium.
Techniki pracy, dostępne w tamtych czasach (początek lat trzydziestych) chemikom zajmującym się chemią organiczną, nie różniły się w istocie od technik stosowanych przez Justusa von Liebiga sto lat wczeniej. Największy od tamtych czasów rozwój dokonał się dzięki wprowadzeniu przez B. Pregla mikroanalizy, umożliwiającej rozpoznanie składu związku, kiedy do dyspozycji jest zaledwie kilka miligramów tej substancji, podczas gdy wczeniej potrzeba jej było kilka centygramów. Nie istniała wtedy żadna inna ze znanych dzisiaj technik fizykochemicznych dostępnych współczesnym naukowcom, które stworzyły całkiem nowe możliwości określenia struktury związku i zmieniły metody pracy, czyniąc ją szybszą i wydajniejszą. Podczas pierwszych prac nad sporyszem i w badaniach cukrów Scilla używałem starych technik oddzielania i oczyszczania z czasów Liebiga: ekstrakcji frakcyjnej, frakcyjnego wytrącania i krystalizacji i temu podobnych. Wprowadzenie do badań chromatografii kolumnowej, jako pierwszy krok na drodze unowocześniania technik laboratoryjnych, było wielce pomocne, ale dopiero w późniejszych moich badaniach. W pierwszych, podstawowych badaniach sporyszu, mających na celu określenie struktury związku (w dzisiejszych czasach badania takie przeprowadzane są szybko i elegancko za pomocą metod spektroskopii - UV , IR, NMR i krystalografii rentgenowskiej), musieliśmy całkowicie polegać na starych metodach laboratoryjnych chemicznego rozkładu i derywatyzacji.

Kwas lizerginowy i jego pochodne

Kwas lizerginowy okazał się być substancją raczej niestabilną i jego stabilizowanie przy użyciu podstawowych rodników nie było łatwe. Stosując technikę znaną jako synteza Curtiusa odkryłem w końcu proces użyteczny przy łączeniu kwasu lizerginowego z aminami. Używając tej metody wyprodukowałem dużą liczbę związków kwasu lizerginowego. Z kombinacji kwasu lizerginowego z amino-alkoholo-propanoloaminą otrzymałem związek identyczny z alkaloidową ergobazyną, otrzymywaną z naturalnego sporyszu. W ten sposób dokonana została pierwsza synteza czyli sztuczna produkcja - alkaloidu sporyszu. Zdarzenie to nie miało znaczenia wyłącznie naukowego, polegającego na potwierdzeniu chemicznej struktury ergobazyny. Miało też znaczenie praktyczne, gdyż ergobazyna, substancja hemostatyczna o specyficznym działaniu na macicę (uterotoniczne), występuje w sporyszu tylko w bardzo małych ilościach. Przy pomocy syntezy pozostałe alkaloidy, wstępujące obficie w sporyszu, mogły być teraz przekształcane w użyteczną dla położnictwa ergobazynę. Po tych pierwszych sukcesach ze sporyszem moje badania poszły w dwóch kierunkach. Po pierwsze, próbowałem polepszyć właściwości lecznicze ergobazyny poprzez zmiany rodnika aminoalkoholowego. Wspólnie z kolegą, dr. J. Peyerem, opracowaliśmy proces ekonomicznej produkcji propanoloaminy i innych alkoholi aminowych. I rzeczywicie, przez zastąpienie propanoloaminy zawartej w ergobazynie, aminoalkoholem - butanolaminą uzyskano aktywną substancję, która przewyższała naturalne alkaloidy swoimi własnościami leczniczymi. Ta ulepszona ergobazyna znalazła zastosowanie szeroko w świecie jako niezawodny uterotonik i hemostatyk, występujący pod nazwą handlową Methergine i jest dzisiaj wiodącym lekiem stosowanym w położnictwie. Następnie wykorzystałem moją procedurę syntezy do wyprodukowania nowych związków kwasu lizerginowego, nie posiadających już tak zdecydowanego działania uterotonicznego, co do których można było się spodziewać, że na bazie struktury chemicznej ujawnią się ich inne właściwości lecznicze. W 1938 roku wyprodukowałem dwudziestą piątą substancję tej serii pochodnych kwasu lizerginowego: dwuetyloamid kwasu lizerginowego, w skrócie LSD-25, do zastosowań laboratoryjnych.
Planowałem syntezę tego związku z nadzieją uzyskania stymulatora krążenia i oddechu (analeptyka). Tego rodzaju właściwości stymulujących można było oczekiwać po dwuetyloamidzie kwasu lizerginowego, gdyż wykazywal on podobieństwa chemicznej budowy do znanego w tamtym czasie analeptyka, dwuetyloamidu kwasu nikotynowego (Coramin). Testy LSD-25 przeprowadzone w oddziale leków Sandoza, którym kierował wówczas profesor Ernst Rothlin, wykazały jego silne oddziaływanie na macicę, nieco tylko słabsze (ok. 70 %) od działania ergobazyny. W dalszej części raport z badań stwierdzał, że zwierzęta doświadczalne wykazywały objawy niepokoju podczas eksperymentu. Nowa substancja nie wzbudziła jednak szczególnego zainteresowania wśród farmakologów i lekarzy, w związku z czym badania nie były kontynuowane. Przez następnych pięć lat nikt nic nie słyszał o substancji zwanej LSD-25. W tym czasie moja praca ze sporyszem postąpiła naprzód, wkraczając na nowe tereny. Oczyszczając ergotoksynę, substancję wyjściową przy otrzymywaniu kwasu lizerginowego, powziąłem, jak już wspomniałem, przypuszczenie, że ten alkaloidowy preparat nie jest jednorodny. Stanowi on raczej mieszaninę różnych substancji. Moje wątpliwości co do jednorodnego charakteru ergotoksyny zostały jeszcze wzmocnione, gdy podczas procesu jej uwodornienia otrzymano dwa całkowicie różne związki, podczas gdy uwodornienie jednorodnego alkaloidu ergotaminy przyniosło w wyniku tylko jeden związek (uwodornienie: wprowadzenie wodoru).
Poszerzone i systematyczne badania analityczne domniemanej mieszanki ergotoksynowej doprowadziły w końcu do wyodrębnienia z tej substancji trzech jednorodnych składników . Jeden z tych trzech chemicznie jednorodnych alkaloidów ergotoksyny okazał się być identyczny z alkaloidem wyodrębnionym niewiele wcześniej w wydziale produkcji, nazwanym przez A. Stolla i E.. Burckhardta ergokrystyną. Dwa pozostałe alkaloidy były całkiem nowe. Pierwszy z nich nazwałem ergokorniną, a dla drugiego, wyodrębnionego jako ostatni, który długi czas pozostawał ukryty w roztworze matczynym, wybrałem nazwę ergokryptyna, od greckiego słowa kryptos = ukryty . Później ustalono, że ergokryptyna wstępuje w dwóch postaciach izometrycznych, które zostały rozróżnione jako alfa- i beta-ergokryptyna. Rozwiązanie problemu ergokryptyny miało znaczenie nie tylko naukowe, ale także spore znaczenie praktyczne. Powstał dzięki temu ważny lek. Trzy uwodornione alkaloidy ergotoksyny, które otrzymałem w wyniku tych badań: dwuwodoroergokrystyna, dwuwodoroergokryptyna i dwuwodoroergokornina, wykazały medycznie użyteczne właściwości podczas testów przeprowadzonych przez profesora Rothlina w oddziale leków. Z tych trzech związków został sporządzony lek o nazwie Hydergine, służący pobudzeniu krążenia w układzie obwodowym oraz poprawieniu funkcji mózgowych w schorzeniach geriatrycznych. Hydergine okazała się z tego powodu skutecznym lekiem w geriatrii i jest dzisiaj jednym z najważniejszych farmaceutyków produkowanych w zakładach Sandoza. Dwuwodoroergotamina, którą dodatkowo uzyskałem w wyniku tych badań, znalazła również zastosowanie w lecznictwie jako środek stabilizujący krążenie i ciśnienie krwi, pod nazwą handlową Dihydergot. O ile dzisiaj prawie wszystkie ważne projekty naukowe są realizowane przez zespoły badaczy, o tyle opisane wyżej badania nad alkaloidami sporyszu prowadziłem wyłącznie ja sam. Nawet późniejsze wdrażanie chemicznych procedur związanych z udoskonalaniem produktów handlowych pozostawało w moich rękach - mówię tu o przygotowaniu dużych próbek leków przeznaczonych do badań klinicznych oraz o dopracowywaniu procedur służących masowej produkcji takich leków, jak Mythergine, Hydergine i Dihydergot. Dotyczyło to nawet kontroli analitycznej przy opracowywaniu pierwszych form tych trzech leków, w postaci roztworu, ampułek i tabletek. Moja pomoc w tym czasie składała się z asystenta-laboranta, pomocnika laboratoryjnego, a później, dodatkowo, z jeszcze jednego asystenta-laboranta i technika-chemika.

Odkrycie psychicznego efektu działania LSD

Rozwiązanie problemu ergotoksyny miało bardzo korzystne następstwa, opisane tu tylko w zarysie, i otworzyło drogę do szerzej zakrojonych badań. A ja wciąż nie mogłem zapomnieć stosunkowo mało interesującego LSD-25. Szczególne przeczucie - że substancja ta może mieć jeszcze inne właściwości, niż te ujawnione po pierwszych badaniach - tknęło mnie w pięć lat po pierwszej syntezie, i skłoniło do tego, aby jeszcze raz wyprodukować LSD-25 w celu przesłania próbki do dalszych testów w wydziale leków. Było to całkiem niezwykłe - z reguły substancje eksperymentalne były raz na zawsze skreślane z programu badań, jeśli tylko uznano, że nie mają zastosowania przy produkcji leków. Tak więc, na wiosnę 1943 roku, powtórzyłem syntezę LSD-25. Podobnie jak przy pierwszej syntezie, wiązało się to z produkcją tylko kilku centygramów związku.
W końcowym etapie syntezy, podczas oczyszczania i krystalizacji dwuetyloamidu kwasu lizerginowego do postaci winianu (sól kwasu winianowego), moja praca została nagle przerwana niezwykłym doznaniem. A oto opis tego wydarzenia, pochodzący z raportu, jaki w tamtym czasie przesłałem profesorowi Stollowi: "W ostatni piątek, 16 kwietnia 1943 roku, wczesnym popołudniem, byłem zmuszony przerwać pracę w laboratorium i udać się do domu z powodu niezwykłego uczucia niepokoju i lekkich zawrotów głowy. W domu położyłem się do łóżka i zapadłem w całkiem przyjemny nastrój jakby odurzenia, charakteryzujący się szczególnym pobudzeniem wyobraźni. W stanie podobnym do snu, z oczami zamkniętymi, (blask dziennego światła sprawiał mi przykrość), chłonąłem zmysłami nieprzerwany strumień fantastycznych obrazów i niezwykłych kształtów z mocną, kalejdoskopiczną grą kolorów. Po mniej więcej dwóch godzinach doznanie to stopniowo zanikło." Było to jednakowoż niecodzienne doświadczenie - zarówno w aspekcie swego nagłego początku, jak i niezwykłego przebiegu. Wydawało się, że jego przyczyną mógł być jaki zewnętrzny czynnik toksyczny. domyślałem się jego związku z substancją, z którą pracowałem w tamtym czasie - z winianem dwuetyloamidu kwasu lizerginowego. Lecz to prowadziło do następnej kwestii: jak to się mogło stać, że wchłonąłem tę substancję? Z powodu znanej toksyczności związków pochodzenia sporyszowego, zawsze skrupulatnie dbałem o zachowanie w pracy obyczaju staranności. Odrobina roztworu mogła, być może, zetknąć się z końcami moich palców podczas procesu krystalizacji i śladowa ilość tej substancji mogła wniknąć do organizmu przez skórę. LSD-25 musiało być substancją o niezwykłej wprost mocy, jeśli rzeczywicie było przyczyną tego dziwacznego doświadczenia. Wydawało się, że istnieje jeden tylko sposób, aby się o tym przekonać. Zdecydowałem się na eksperyment na sobie samym. Zachowując szczególną ostrożność, rozpocząłem zaplanowaną serię doświadczeń z najmniejszą do pomyślenia dawką, po której można by się spodziewać jakiegokolwiek efektu, mając na względzie znaną w tamtych czasach aktywność alkaloidów sporyszu, a mianowicie 0.25 mg (mg = miligram = jedna tysięczna grama) winianu dwuetyloamidu kwasu lizerginowego. Poniżej przytaczam notatkę o tym doświadczeniu z mojego dziennika laboratoryjnego z 19 kwietnia 1943 roku.

4/19/4316:20:
0.5 cm3 Z 1/2-promilowego, wodnego roztworu winianu dwuetyloamidu, doustnie = 0.25 mg winianu. Zażyte po rozcieńczeniu w 10 cm3 wody. Bez smaku.
17:00:
Początek zawrotów głowy, uczucie niepokoju, zaburzenia w widzeniu, oznaki paraliżu, chęć śmiania się.
Uzupełnienie z dnia 21 kwietnia:
Do domu na rowerze. Między godz. 18.00- 20.00 najpoważniejszy kryzys. (zobacz: raport specjalny.)

Ostatnie słowa pisałem z wielkim trudem. Odtąd było już dla mnie jasne, że przyczyną niezwykłego przeżycia z ostatniego piątku było LSD, gdyż zmiana doznań była tego samego rodzaju, choć tym razem stan ten był dużo intensywniejszy. Wiele wysiłku musiałem wkładać w to, aby mówić z sensem. Poprosiłem mojego laboranta, który był poinformowany o tym, że przeprowadzam eksperyment na samym sobie, aby eskortował mnie do domu. Pojechaliśmy rowerami, gdyż z powodu ograniczeń wojennych podróże samochodami były zakazane. W drodze do domu mój stan zaczął przybierać niepokojące formy. Wszystko w polu widzenia falowało i było zniekształcone jak w krzywym zwierciadle. Miałem również wrażenie bycia niezdolnym do ruszenia się z miejsca, choć - jak opowiadał mi później laborant - jechaliśmy bardzo szybko. W końcu, gdy cali i zdrowi dotarliśmy do domu, z trudem zdołałem poprosić mego towarzysza o sprowadzenie lekarza domowego i przyniesienie mleka od sąsiadów. Mimo konsternacji i stanu pomieszania, miałem przebłyski jasnego i racjonalnego myślenia, wybierając mleko jako środek odtruwający o działaniu ogólnym. Zawroty głowy i poczucie słabości były tak w tym momencie silne, że nie byłem w stanie utrzymać się na nogach i musiałem się położyć na sofie. Moje otoczenie uległo teraz przekształceniu i przybrało postać jeszcze bardziej przerażającą. Wszystko w pokoju wirowało, a znane przedmioty i meble zamieniały się w groteskowe, przepełniające lękiem formy . Wszystko było w ciągłym ruchu, poruszone jakby wewnętrznym niepokojem. Kobieta z sąsiedztwa, którą ledwie rozpoznałem, przyniosła mi mleko - w ciągu wieczora wypiłem go ponad dwa litry. Nie była już panią R., lecz raczej nieprzyjazną, podstępną wiedmą w kolorowej masce. Jeszcze gorsze - te demoniczne transformacje zewnętrznego świata, okazały się zmiany, które spostrzegłem w sobie, w swojej wewnętrznej istocie. Każdy wysiłek woli, każda próba zakończenia tej dezintegracji zewnętrznego świata i rozpuszczenia własnego ego, zdawały się stratą czasu. Zawładnął mną demon, który wziął w posiadanie moje ciało, umysł i duszę. Podskakiwałem i krzyczałem, próbując uwolnić się od niego, ale wkrótce tonąłem znów, leżąc bezradnie na sofie. Substancja, z którą chciałem poeksperymentować, zwyciężyła mnie. Był to demon, który pogardliwie triumfował nad moją wolą. Ogarnął mnie śmiertelny strach, że stanę się niepoczytalny. Przebywałem w innym świecie, innym miejscu, innym czasie. Ciało wydawało się pozbawione uczuć, pozbawione życia, obce. Czyżbym umierał? Czy to było to przejście? Niekiedy wydawało mi się, że przebywam poza swoim ciałem i z tego miejsca, jako zewnętrzny obserwator, jasno postrzegam wielki dramat swojej sytuacji. Nie zostawiłem nawet listu do rodziny (żona z trójką naszych dzieci pojechała tego dnia z wizytą do swoich rodziców mieszkających w Lucernie). Czy kiedykolwiek domyślą się, że nie podjąłem swojego eksperymentu bezmyślnie, w sposób nieodpowiedzialny, tylko z największą uwagą, i że takiego wyniku nie można było przewidzieć? Mój lęk i rozpacz stawały się coraz większe nie tylko z tego powodu, że młoda rodzina straci ojca, lecz także z obawy, że w samym środku obiecującego i przynoszącego owoce rozwoju, będę musiał porzucić nie zakończone badania chemiczne, które tak wiele dla mnie znaczyły. A oto inna idea, która pojawiła się, pełna cierpkiej ironii: jestem zmuszony przedwcześnie opuścić ten świat, gdyż to ja wprowadziłem do świata dwuetyloamid kwasu lizerginowego. W tym czasie, kiedy przybył doktor, szczyt depresji był już poza mną. Laborant poinformował lekarza o moim eksperymencie na sobie samym, gdyż ja sam nie byłem w stanie sklecić sensownego zdania. Potrząsnął głową w zakłopotaniu, gdy próbowałem opisać śmiertelne niebezpieczeństwo grożące memu ciału. Nie stwierdzał żadnych niepokojących objawów, poza niezwykle rozszerzonymi źrenicami. Puls, ciśnienie krwi i oddech były w normie. Nie widział żadnych powodów, aby przepisać jakie lekarstwo. Zamiast tego zaprowadził mnie do łóżka i stał, obserwując mnie. Powoli wracałem z niesamowitego, nieznanego świata do bezpiecznej, codziennej rzeczywistości. Horror zelżał i ustąpił miejsca poczuciu tym większego szczęścia i wdzięczności, im bardziej powracało zwykłe postrzeganie i myślenie, i im bardziej nabierałem przekonania, że niebezpieczeństwo choroby umysłowej mam już za sobą. Teraz, krok po kroku, zaczynałem podziwiać niespotykane barwy i gry kształtów, które jawiły się moim zamkniętym oczom. Kalejdoskopowe, fantastyczne obrazy przelewały się przeze mnie, zmieniając, bawiąc, otwierając i zamykając się w kręgach i spiralach, wybuchając w różnobarwnych fontannach, łącząc i grupując się w ciąglej przemianie. Docierało do mnie ze szczególną wyrazistością to, jak doznania akustyczne, takie jak odgłos klamki u drzwi lub warkot przejeżdżającego samochodu, przekształcały się w doznania wzrokowe. Każdy dźwięk generował żywo zmieniający się obraz, posiadający spójną formę i kolor. Późnym wieczorem moja żona wróciła z Lucerny. Ktoś poinformował ją telefonicznie, że miałem tajemnicze załamanie. Wróciła natychmiast, pozostawiając dzieci z dziadkami. Do tego czasu zebrałem się w sobie w stopniu wystarczającym, aby opowiedzieć jej, co się wydarzyło. Wyczerpany, zasnąłem, aby rano obudzić się odświeżonym, z głową czystą, choć wciąż z lekkimi objawami fizycznego zmęczenia. Czułem się świetnie, jak nowo narodzony, śniadanie smakowało znakomicie i dostarczyło mi niezwykłej przyjemności.
Kiedy później wyszedłem do ogrodu, w którym po wiosennym deszczu świeciło słońce, wszystko się skrzyło i śniło czystym światłem. .. Moje wszystkie zmysły wibrowały, będąc w stanie najwyższej wrażliwości, która utrzymywała się przez cały dzień. Ten eksperyment na sobie samym udowodnił, że LSD-25 wykazywało cechy substancji psychoaktywnej o szczególnych własnościach i niezwykłej mocy. Zgodnie z moją wiedzą, nie istniała żadna inna substancja, która wywoływałaby tak głębokie skutki psychiczne przy tak niskich dawkach i która powodowałby tak dramatyczną zmianę stanu świadomości człowieka oraz jego doznań związanych z wewnętrznym i zewnętrznym światem. Jeszcze bardziej znaczące wydawało się to, że byłem w stanie odtworzyć w pamięci każdy szczegół tego odurzającego doświadczenia z LSD, a to mogło tylko oznaczać, że umysłowa funkcja zapamiętywania nie została zakłócona nawet w szczytowym momencie eksperymentu, mimo głębokiego zaburzenia normalnego oglądu świata. Prze cały okres trwania eksperymentu byłem świadomy nawet tego, że jest to eksperyment, lecz żadnym wysiłkiem woli, mimo rozpoznania własnej sytuacji, nie umiałem strząsnąć z siebie świata LSD. Wszystkiego doświadczałem z przekonaniem o całkowitej realności tego, co się dzieje, choć była to realność alarmująca, gdyż, dla porównania, obraz innej, znanej i codziennej rzeczywistości, był równoczenie dokładnie zachowany w pamięci. Inną zaskakującą cechą LSD była jego zdolność do wywoływania tak głębokich i potężnych stanów odurzenia bez pozostawiania kaca. Wprost przeciwnie, następnego dnia po eksperymencie miałem jak już wspominałem - znakomitą kondycję fizyczną i umysłową. Byłem świadom tego, że LSD, jako nowy związek aktywny o takich właściwościach, może być użyteczny w farmakologii, neurologii, a zwłaszcza psychiatrii, oraz że może przyciągnąć uwagę odpowiednich specjalistów. Lecz nie miałem jeszcze wtedy pojęcia, że ta nowa substancja znajdzie zastosowanie także poza światem medycyny, jako środek na scenie narkotykowej. Ponieważ mój eksperyment na sobie samym ujawnił przerażający, demoniczny wymiar doświadczenia z LSD, ostatnią rzeczą, jaka mi mogła przyjść na myśl było to, że substancja ta może kiedykolwiek służyć za narkotyk dostarczający przyjemności. Nie udało mi się też podczas tej pierwszej próby rozpoznać znaczącego związku odurzenia LSD z doświadczaniem stanów wizyjnych, co zauważyłem dużo później, gdy zostały przeprowadzone eksperymenty ze znacznie już mniejszymi dawkami i w innych warunkach. Następnego dnia napisałem dla profesora Stolla wspomniany już raport na temat mojego niezwykłego eksperymentu z LSD-25 i wysłałem jego kopię dyrektorowi wydziału leków, profesorowi Rothlinowi. Zgodnie z oczekiwaniami, pierwszą reakcją było wielkie zdziwienie. Wkrótce otrzymałem telefon z zarządu. Profesor Stoll dopytywał: "Czy jesteś pewny, że nie pomyliłeś się w ważeniu? Czy podana przez ciebie dawka jest prawidłowa?" Z podobnymi pytaniami zadzwonił do mnie także profesor Rothlin. Byłem pewny co do tego, gdyż ważenie i odmierzanie dawki wykonałem sam. Ich wątpliwości były jednak do pewnego stopnia uzasadnione, gdyż do tego czasu żadna ze znanych substancji nie wywoływała najmniejszego choćby efektu psychicznego przy zastosowaniu miligramowych dawek. Istnienie aktywnego związku o takiej mocy wydawało się niemal nieprawdopodobne. Profesor Rothlin we własnej osobie i jego dwaj koledzy byli pierwszymi osobami, które powtórzyły moje doświadczenie z dawką trzy razy mniejszą. Lecz nawet na tym poziomie efekty były wciąż niezwykle dojmujące i całkowicie fantastyczne. Wszystkie wątpliwości odnośnie mojego raportu zostały rozwiane.


2. LSD w doświadczeniach ze zwierzętami i badania biologiczne

Po odkryciu niezwykłego oddziaływania psychicznego LSD-25, które pięć lat wcześniej, po próbach ze zwierzętami, wyłączono z dalszych badań, substancja ta została dopuszczona do serii eksperymentalnych testów. Większość badań podstawowych na zwierzętach przeprowadzał dr Aurelio Cerletti z wydziału leków Sandoza, kierowanego przez profesora Rothlina.
Zanim nowa substancja czynna może zostać przebadana w systematycznych doświadczeniach klinicznych z udziałem ludzi, liczne dane na temat skutków jej działania oraz efektów ubocznych muszą zostać zebrane w farmakologicznych testach na zwierzętach. Podejmowane eksperymenty muszą doprowadzić do określenia sposobu przyswajania i pozbywania się przez organizm tej szczególnej substancji oraz jej względną toksyczność, a także, przede wszystkim, tolerancję na nią organizmu. Tutaj przedstawione zostaną tylko najważniejsze doniesienia na temat eksperymentów z LSD prowadzonych na zwierzętach i to tylko te, które są zrozumiałe dla niefachowców. Znacznie wykroczyłbym poza zakres tej książki, jeśli chciałbym przytoczyć tu wyniki kilkuset badań farmakologicznych, przeprowadzonych na całym świecie w związku z podstawowymi badaniami nad LSD w laboratoriach Sandoza.
Doświadczenia ze zwierzętami ujawniają niewiele na temat zmian mentalnych, powodowanych przez LSD, gdyż efekty psychiczne są ledwie wykrywalne u zwierząt niższego rzędu, a u zwierząt najbardziej rozwiniętych mogą zostać określone jedynie w ograniczonym stopniu. LSD wywołuje skutki przede wszystkim w obszarze wyższych i najwyższych funkcji psychicznych i intelektualnych. Stąd całkiem zrozumiale wydaje się, że specyficznych reakcji na LSD można oczekiwać wyłącznie po zwierzętach rzędu wyższego. Subtelne zmiany psychiki nie mogą zostać wykryte u zwierząt, gdyż nawet jeśli by występowały, zwierzę nie może zdać z nich relacji. Dostrzegalne stają się wyłącznie stosunkowo ciężkie zaburzenia psychiczne, ujawniające się w postaci zmienionego zachowania zwierząt doświadczalnych. Z tego też powodu konieczne jest użycie dawek znacznie wyższych od dawek skutecznych dla człowieka, nawet wobec takich zwierząt wyższych, jak koty, psy czy małpy.
Podczas gdy myszy poddane działaniu LSD wykazują zaburzenia ruchu i zmiany w czynności lizania, u kotów obserwujemy, poza objawami wegetatywnymi jak jeżenie się włosów (piloerekcja) i linienie się, oznaki wskazujące na wstępowanie halucynacji. Zaniepokojone zwierzęta wpatrują się w powietrze, a koty, zamiast atakować myszy, zostawiają je w spokoju, lub nawet stoją przed nimi wystraszone. Można dojść do wniosku, że także zachowanie psów poddanych działaniu LSD wskazuje na wstępowanie halucynacji. Społeczność szympansów zamkniętych w klatce reaguje bardzo wyraźnie, gdy jeden z jego członków przyjmie LSD. Nawet jeśli poszczególny osobnik nie wykazuje zmian zachowania, cała społeczność klatki jest poruszona, gdyż szympans pod wpływem LSD nie przestrzega reguł precyzyjnie zorganizowanego, opartego na hierarchii porządku wspólnoty. Z innych gatunków zwierząt poddanych testom LSD warto tu wspomnieć o rybach akwaryjnych i pająkach. W przypadku ryb zaobserwowano niezwykłe pozycje podczas pływania, a u pająków niewątpliwym efektem działania LSD były zmiany sposobu budowania sieci. Przy bardzo niskich, optymalnych dawkach, sieci były nawet bardziej proporcjonalne i dokładniej wykonane niż normalnie. Jednak przy większych dawkach, sieci były tkane niewłaściwie i szczątkowo.

Jak toksyczne jest LSD?

Toksyczność LSD została określona dla wielu gatunków Zwierząt. Standardem toksyczności dowolnej substancji jest LD50, dawka letalna 50, czyli taka, która powoduje śmierć pięćdziesięciu procent potraktowanych nią osobników. Podlega ona zwykle znacznym wahaniom w zależności od gatunku zwierzęcia. Podobnie jest z LSD. LD50 dla myszy wynosi 50-60 'mg/kg i.v. (to jest 50 do 60 tysięcznych części grama LSD na kilogram wagi zwierzęcia po wstrzyknięciu roztworu LSD do żyły). W przypadku szczurów LD50 spada do 16.5 mg/kg, a dla królików do 0.3 mg/kg. Słoń, któremu podano 0.297 g LSD zmarł po kilku minutach. Masa tego zwierzęcia wynosiła 5 000 kg, a więc dawka letalna wynosiła w tym wypadku 0,06 mg/kg (0.06 tysięcznych grama na kilogram wagi ciała). Wyniku tego nie należy uogólniać, gdyż dotyczy tylko pojedynczego zdarzenia. Jednak możemy z niego dedukować, że największe zwierzęta lądowe są w porównaniu do innych zwierząt bardziej wrażliwe na LSD, gdyż dawka letalna dla słonia musi być około 1000 razy niższa niż dla myszy. Większość zwierząt umiera pod wpływem dawki letalnej LSD z powodu trzymania czynności oddychania. Minimalne dawki powodujące śmierć zwierząt doświadczalnych mogą wywoływać wrażenie, że LSD jest bardzo toksyczną substancją. Jednak gdy porówna się dawkę letalną dla zwierząt z efektywną dawką dla ludzi, która wynosi 0.0003-0.001 mg/kg (0.0003 do 0.001 tysięcznych grama na kilogram wagi ciała), widać, że toksyczność LSD jest niezwykle mała. Dopiero przedawkowanie LSD od 300 do 600 razy w porównaniu do dawki letalnej dla królików lub 50 000 do 100 000 razy w porównaniu do toksyczności wobec myszy, może wywołać skutek śmiertelny u człowieka.
Naturalnie, porównania względnej toksyczności dają się określić tylko szacunkowo, na podstawie klas wielkości, gdyż indeks terapeutyczny (czyli stosunek dawki skutecznej do dawki letalnej) został określony w sposób doświadczalny tylko dla wybranych gatunków. Obliczenia takie nie są możliwe w przypadku człowieka, gdyż nieznana jest właściwa mu dawka letalna LSD. Z tego, co wiem, nie zanotowano dotychczas ofiar śmiertelnych, będących bezpośrednio wynikiem zatrucia LSD. Zanotowano wiele fatalnych skutków zażycia LSD, włącznie z samobójstwami, lecz były to wypadki, które można przypisać umysłowej dezorientacji osób odurzonych tym środkiem. Niebezpieczeństwo związane z LSD nie polega na jego toksyczności, lecz raczej nieprzewidywalności wywoływanych nim efektów psychicznych.
Kilka lat temu pojawiły się doniesienia w literaturze naukowej i w prasie niefachowej utrzymujące, że LSD powoduje uszkodzenia chromosomów lub materiału genetycznego. Skutki tego rodzaju zostały jednakże zaobserwowane tylko w kilku odosobnionych przypadkach. Późniejsze, pełne badania dużej, statystycznie znaczącej liczby przypadków wykazały jednak brak związku anomalii chromosomowych z działaniem LSD. To samo dotyczy raportów na temat deformacji płodu, rzekomo wywoływanych przez LSD. W doświadczeniach ze zwierzętami rzeczywiście może się zdarzyć, że zastosowanie wyjątkowo dużych dawek spowoduje zniekształcenie płodu, jednak są to dawki znacznie wyższe od tych, jakie są używane przez ludzi. W takich warunkach nawet całkowicie nieszkodliwe substancje wywołują podobne zniekształcenia. Badania indywidualnych przypadków zniekształceń płodu ludzkiego również wykazały brak jakiegokolwiek związku takich anomalii z zażywaniem LSD. Jeśli takie związki miałyby miejsce, od dawna już byłyby w centrum zainteresowania, gdyż do chwili obecnej kilka milionów ludzi zażyło LSD.
LSD jest łatwo i całkowicie absorbowalne poprzez system trawienny. Dlatego, z wyjątkiem szczególnych sytuacji, w celu zażycia LSD nie ma potrzeby posługiwać się strzykawką. Doświadczenia na myszach z LSD radioaktywnie znaczonym i podawanym dożylnie, wykazały, że substancja ta bardzo szybko rozprowadzana jest po całym organizmie, pozostając we krwi tylko w małych ilościach śladowych. Wbrew oczekiwaniom, najniższe stężenie tej substancji notuje się w mózgu. Koncentruje się ona tutaj w pewnych ośrodkach śródmózgowia, które pełnią rolę regulatorów emocji. Odkrycia te dają pogląd na temat umiejscowienia niektórych funkcji psychicznych w mózgu. Koncentracja LSD w różnych organach osiąga najwyższe wartości w 10-15 minut po wstrzyknięciu, a potem, także szybko, opada. Jelito cienkie, w którym koncentracja LSD utrzymuje się na najwyższym poziomie przez dwie godziny, jest tutaj wyjątkiem. Organizm pozbywa się LSD głównie (w prawie 80-ciu procentach) poprzez jelito, wykorzystując uprzednio żółć i procesy wątroby. W produkcie przemiany zachowuje się tylko od 1 do 10 procent LSD w stanie niezmienionym; pozostała część składa się z wielu substancji pochodnych.
Ponieważ efekt psychiczny działania LSD utrzymuje się nawet wtedy, kiedy w organizmie nie można już stwierdzić jego istnienia, musimy przyjąć, że substancja ta nie jest aktywna sama w sobie, lecz raczej uruchamia jakieś biochemiczne, neurofizjologiczne i psychiczne mechanizmy, które wywołują stan odurzenia, utrzymujący się nawet wtedy, gdy aktywnego związku, który go wywołał, już nie ma. LSD pobudza ośrodki sympatycznego układu nerwowego w śródmózgowiu, co prowadzi do rozszerzenia źrenic, wzrostu temperatury ciała i podniesienia poziomu cukru we krwi. Wcześniej wspomnieliśmy o efekcie obkurczania się macicy pod wpływem LSD. Szczególnie ciekawą właściwością farmakologiczną LSD jest efekt blokowania serotoniny, odkryty w Anglii przez J. H. Gadduma. Serotonina jest substancją podobną do hormonów, wstępującą naturalnie w różnych organach zwierząt ciepłokrwistych. Serotonina wstępująca w śródmózgowiu pełni ważną rolę w rozchodzeniu się impulsów niektórych nerwów, a zatem i w biochemii funkcji psychicznych.
Przerywanie naturalnego cyklu serotoniny przez LSD było przez jakiś czas uważane za wyjaśniający czynnik jego psychicznego oddziaływania. Jednak wkrótce wykazano, że nawet te pochodne LSD (związki, w których chemiczna struktura LSD została nieco zmodyfikowana), które nie wykazują żadnych właściwości halucynogennych, blokują cykl serotoniny w stopniu równie silnym jeśli nie silniejszym niż niemodyfikowane LSD. A zatem efekt blokowania cyklu serotoniny nie wystarcza do wyjaśnienia halucynogennych właściwości LSD. LSD wpływa również na neurofizjologiczne funkcje związane z działaniem dopaminy, która, podobnie do serotoniny, jest substancją zbliżoną do hormonów, wstępującą naturalnie. Większość ośrodków mózgu wrażliwych na dopaminę aktywizuje się pod wpływem LSD, podczas gdy inne ośrodki pozostają niewrażliwe na te substancje.
Do dzisiaj sprawa biochemicznego mechanizmu powodującego skutki psychiczne, będące wynikiem zażycia LSD, pozostaje niewyjaśniona. Badania wpływu LSD na regulatory procesów mózgowych, takie jak serotonina czy dopamina, są przykładami roli LSD, jako narzędzia badania mózgu, w odkrywaniu biochemicznych procesów leżących u podstaw funkcji psychicznych.


3. Chemiczna modyfikacja LSD

Kiedy w wyniku badań farmaceutyczno-chemicznych odkrywany jest nowy rodzaj czynnego związku, niezależnie od tego, czy jest to związek pochodzenia roślinnego, czy zwierzęcego, czy też produkt syntetyczny, jak to było w przypadku LSD, chemicy, poprzez zmianę jego struktury cząsteczkowej, czynią starania wyprodukowania nowych związków o podobnym, a moze i poprawionym działaniu, albo też o innych cennych właściwościach. . Nazywamy ten proces chemiczną modyfikacją czynnej substancji określonego typu. Z dwudziestu tysięcy substancji produkowanych rocznie na świecie w chemiczno-farmaceutycznych laboratoriach badawczych, przeważającą większość stanowią związki będące wynikiem modyfikacji stosunkowo niewielu typów związków czynnych. Odkrycie prawdziwie nowego typu związków aktywnych - nowego zarówno w odniesieniu do chemic - jest rzadkim szczęściem.. Wkrótce po odkryciu psychicznego skutku działania LSD przydzielono mi dwóch pracowników do pomocy w prowadzeniu na szerszą skalę chemicznej modyfikacji LSD i w dalszych studiach nad alkaloidami sporyszu. Badania chemicznej struktury alkaloidów sporyszu typu peptydowego, do którego należy ergotamina oraz alkaloidy z grupy ergotoksyn, były kontynuowane z udziałem dr. Theodora Petrzilki. Pracując z dr. Franzem Troxlerem, wyprodukowałem dużą liczbę chemicznych modyfikacji LSD. Próbowaliśmy także uzyskać głębszy wgląd w strukturę kwasu lizerginowego, dla którego badacze amerykańscy zaproponowali wzór strukturalny. W 1949 roku udało nam się poprawić ten wzór i określić prawdziwą strukturę wspólnego jądra wszystkich alkaloidów sporyszu, włączając w to naturalnie także LSD.
Badania peptydowych alkaloidów sporyszu doprowadziły do pełnego określenia wzorów strukturalnych tych substancji, które opublikowaliśmy w roku 1951. Ich poprawność została potwierdzona poprzez całkowitą syntezę ergotaminy, która została dokonana 10 lat później przy udziale dwóch młodych współpracowników, dr. Alberta J. Freya i dr. Hansa Ott. Inny współpracownik, dr Paul A. Stadler, był główną osobą odpowiedzialną za praktyczne wdrożenie tej syntezy do procesu produkcji na skalę przemysłową.
Syntetyczna produkcja peptydowych alkaloidów sporyszu z użyciem kwasu lizerginowego, otrzymywanego z hodowli specjalnych odmian grzyba sporyszu - miała olbrzymie znaczenie gospodarcze. Procedura ta jest stosowana przy uzyskiwaniu materiału wyjściowego do produkcji lekarstw. Hyderginy i Dihydergotu. Powróćmy jednak do chemicznej modyfikacji LSD. Począwszy od roku 1945, wiele pochodnych LSD zostało wyprodukowanych przy współudziale dr. Troxlera, lecz żadna z nich nie była bardziej halucynogenna, niż LSD. W rzeczywistości, najbliżsi krewni LSD byli znacząco mniej aktywni na tym polu.
Istnieją cztery możliwości zajęcia przestrzeni przez atomy tworzące cząsteczkę LSD. W języku technicznym są one wyróżnione przedrostkiem iso- oraz literami D i L. Poza LSD, precyzyjniej nazywanym dwuetyloamidem kwasu D-lizerginowego, wyprodukowałem i podobnie przetestowalem w doświadczeniach na samym sobie pozostale trzy przestrzennie odmienne formy tego związku, a mianowicie dwuetyloamid kwasu D-izolizerginowego (Izo-LSD), dwuetyloamid kwasu L-lizerginowego (L-LSD) oraz dwuetyloamid kwasu L-izolizerginowego (L-izo-LSD). Te trzy ostatnie formy LSD nie wywoływały żadnego skutku psychicznego w dawkach poniżej 0,5 mg, co odpowiada 20-krotnej ilości ciągle wyraźnie aktywnej dawki LSD. Substancja najbardziej zbliżona do LSD, monoetylamid kwasu lizerginowego (LAE-32), w którym grupa etylowa została zastąpiona atomem wodoru w dwuetyloamidowym rodniku LSD, okazała się być około dziesięć razy mniej psychoaktywna niż LSD. Halucynogenny skutek działania tej substancji jest także znacząco odmienny i przypomina efekt zażycia środka nasennego. Efekt usypiający jest jeszcze bardziej wyraźny w przypadku amidu kwasu lizerginowego (LA-111), w którym obydwie grupy etylowe LSD zostały zastąpione przez atomy wodoru.
Wyniki, które zebrałem w porównawczych doświadczeniach na samym sobie z zastosowaniem LA-111 i LAE-32, zostały potwierdzone w późniejszych badaniach klinicznych.
Piętnaście lat później spotkaliśmy się z amidem kwasu lizerginowego, produkowanym syntetycznie na potrzeby tych badań, występującym naturalnie jako aktywny składnik magicznego, meksykańskiego narkotyku: ololiuqui. W jednym z następnych rozdziałów zajmę się bardziej szczegółowo tym nieoczekiwanym odkryciem.
Niektóre rezultaty chemicznej modyfikacji LSD okazały się być wartościowe dla medycyny. Stwierdzono, że pochodne LSD są halucynogenne bardzo słabo lub wcale, lecz zamiast tego odznaczają się mocnymi skutkami działania, specyficznymi dla innych obszarów aktywności LSD. Jednym z takich skutków jest efekt blokowania neuroprzekaźnika serotoniny (dyskutowany już wcześniej w rozdziale poświęconym farmakologicznym właściwościom LSD. Ponieważ serotonina pełni rolę w stanach zapalnych o podłożu alergicznym oraz w procesie powstawania migreny, specyficzna substancja blokująca serotoninę miała duże znaczenie dla badań medycznych. Dlatego poszukiwaliśmy w sposób systematyczny pochodnych LSD, które nie wywołują efektu halucynacji, lecz mają możliwie największe właściwości blokowania serotoniny. Pierwsza z takichsubstancji została odkryta w grupie bromo-LSD, i stała się znana w obszarze badań medyczno-biologicznych pod nazwą BOL-148. W naszych poszukiwaniach antagonistów serotoniny, dr Troxler wyprodukował następnie jeszcze mocniejsze i działające jeszcze bardziej selektywnie związki. Najaktywniejszy z tych związków trafił na rynek lekarstw jako środek przeciwko migrenie, pod nazwą handlową “Deseril” lub, w krajach anglojęzycznych, “Sansert”.


4. Zastosowanie LSD w psychiatrii

Wkrótce po próbach LSD ze zwierzętami, rozpoczęto pierwsze, systematyczne badania tej substancji na ludziach, w klinice psychiatrycznej Uniwersytetu w Zurichu. Dr med. Werner A. Stoll (syn profesora Artura Stolla), który prowadził te badania, opublikował ich wyniki w roku 1947 w artykule "Lysergsaure-dithylamid, ein Phantastikum aus der Mutterkorngruppe", [ dwuetyloamid kwasu lizerginowego, fantastikum z grupy sporyszu] opublikowanym w czasopiśmie "Schweizer Archiv fur Neurologie und Psychiatrie". Badania obejmowały testy na ludziach zdrowych oraz na schizofrenikach. Dawki - dużo niższe niż w moim pierwszym eksperymencie na samym sobie z dawką 0,25 mg LSD w postaci winianu wynosiły tylko od 0.02 do 0.13 mg. W przeważającej liczbie przypadków emocje ludzi po zażyciu LSD przypominały euforię, podczas gdy w moim eksperymencie przeważał nastrój grobowy, będący skutkiem ubocznym przedawkowania, oraz lęk przed nieznanym finałem doświadczenia.
Ta fundamentalna publikacja, w której przedstawiono naukowy opisu skutków bycia pod wpływem LSD, dokonała klasyfikacji nowo odkrytego czynnika aktywnego jako fantastikum.
Jednak kwestia terapeutycznego zastosowania LSD nadal pozostawała otwarta. Z drugiej strony, w raporcie podkreślono niezwykle wysoką aktywność LSD, którą da się porównać do aktywności śladowych ilości substancji obecnych w organizmie, o których sądzi się, że są odpowiedzialne za pewne choroby psychiczne. Inną kwestią podnoszoną w tej pierwszej publikacji było możliwe zastosowanie LSD jako narzędzia badawczego w psychiatrii, użytecznego ze względu na swą niesamowitą aktywność psychiczną.

Pierwszy eksperyment na samym sobie w wykonaniu psychiatry.

W swojej publikacji W A. Stoll podał także szczegółowy opis swego własnego doświadczenia z LSD. Ponieważ był to pierwszy eksperyment na samym sobie opisany przez psychiatrę, a także dlatego, że tekst ten przedstawia wiele typowych reakcji odurzenia wywołanego zażyciem LSD, warto przytoczyć tutaj większe fragmenty jego raportu. Gorąco dziękuję autorowi za uprzejmą zgodę na ich zacytowanie.

O godzinie 8 zażyłem 60 mg (0.06 miligrama) LSD.
Około 20 minut później pojawiły się pierwsze objawy.
ciężkość kończyn oraz lekkie objawy ataksji (bezład ruchowy, brak koordynacji). Następnie wystąpiła subiektywnie bardzo nieprzyjemna faza złego samopoczucia i równoczenie moi opiekunowie zarejestrowali spadek ciśnienia krwi...
Potem popadłem w stan pewnego rodzaju euforii, która wydawała mi się jednak słabsza niż stany, w które popadałem podczas wcześniejszych eksperymentów. Stan ataksji pogłębił się i, zataczając się, przemierzałem wielkimi krokami przestrzeń pokoju. Poczułem się trochę lepiej, lecz z wielką przyjemnością położyłem się. Potem pokój został zaciemniony (doświadczenie w ciemności); wreszcie pojawiło się nieznane wcześniej doznanie o niesłychanej intensywności, które jeszcze się wzmagało. Charakteryzowało się nieprawdopodobną mnogością halucynacji wzrokowych, które pojawiały się i znikały z dużą prędkością, aby zrobić miejsce dla nowych, wielorakich obrazów. Widziałem pędzące nieustannie strumienie niezliczonych kręgów, wirów, iskier, kropli, krzyży i spiral. Obrazy napływały w moją stronę zwłaszcza ze środka pola widzenia i z lewego, dolnego krańca. Kiedy obraz pojawiał się na środku, pozostałe pole widzenia wypełniało się natychmiast wielką liczbą podobnych wizji. Wszystkie były kolorowe, głównie jasne, świecąco-czerwone, żółte i niebieskie.
Nie potrafiłem skupić się na żadnym z obrazów.
Gdy opiekun eksperymentu zwrócił uwagę na wspaniałość moich wizji i bogactwo wyrazu, mogłem w odpowiedzi tylko uśmiechnąć się życzliwie. W rzeczywistości zdawałem sobie sprawę, że nie jestem w stanie ani zatrzymać, ani tym bardziej opisać więcej niż zaledwie cząstki obrazów. Zmuszałem się do udzielania jakichkolwiek wyjaśnień. Określenia takie jak “sztuczne ognie” czy “kalejdoskopiczny” , były ubogie i niewłaściwe. Czułem, że muszę pogrążyć się jeszcze głębiej w tym dziwnym i fascynującym świecie, aby sprawić, by bogactwo i niewyobrażalny przepych stały się moim udziałem.
Na początku halucynacje były proste: promienie, wiązki promieni, deszcz, pierścienie, wiry, Pętle, pył, chmury itp. Potem pojawiły się wizje bardziej zorganizowane: łuki, rzędy łuków, morze dachów , krajobrazy pustynne, tarasy, migotające ognie oraz rozgwieżdżone nieboskłony o niezwykłej wspaniałości. W środku tych wysoko zorganizowanych halucynacji pojawiły się ponownie proste obrazy. Pamiętam zwłaszcza pierwsze, następujące wizje:
Seria gigantycznych sklepień gotyckich, nieskończony chór, którego dolnych partii nie byłem w stanie dostrzec. Krajobraz z drapaczami chmur, wspomnienie obrazów z wpływania do portu Nowy Jork: wieże domostw, wynurzające się jedna zza drugiej lub z boku, miały niezliczone rzędy okien. I znów brak było fundamentów. System masztów i lin, który przypomniał mi o reprodukcji malarstwa widzianej poprzedniego dnia (we wnętrzu namiotu cyrkowego). Wieczorne niebo o kolorze niewyobrażalnie bladoniebieskim ponad ciemnymi dachami hiszpańskiego miasta. Miałem szczególne uczucie antycypowania zdarzeń, byłem wypełniony radością i ostatecznie gotowy do przygód. W jednej chwili wszystkie zgromadzone gwiazdy zajaśniały i zmieniły się w gęsty deszcz iskier i rozbłysków, które leciały w moją stronę. Miasto i niebo znikły. Byłem w ogrodzie i widziałem olśniewająco czerwone, żółte i zielone światła, które spływały przez ciemną kratownicę - było to doświadczenie pełne nieopisanej radości. Spostrzegłem, że wszystkie obrazy składały się z niezliczonych powtórzeń tego samego elementu było wiele iskier, wiele kręgów, wiele łuków i okien, wiele ogni itd. Nie widziałem pojedynczych obrazów, ale zawsze były one zwielokrotnione, w nieskończonych powtórzeniach.
Czułem się jednym ze wszystkimi romantykami i wizjonerami, byłem myślami z E. T. A. Hoffmannem, rozumiałem specyficzny punkt widzenia Poe'go (choć w czasach, kiedy go czytałem, jego opisy wydawały mi się przesadzone). Miałem wrażenie, że stale dostępuję wzniosłych przeżyć artystycznych. Rozkoszowałem się barwami ołtarza w Isenheim i doznawałem euforii oraz radości towarzyszących wizjom artystycznym. Mówiłem też bez przerwy o sztuce nowoczesnej, a wszystkie obrazy sztuki abstrakcyjnej, które przywoływałem z pamięci, stawały się dla mnie w jednej chwili zupełnie oczywiste. Potem znów przychodziły doznania niezwykłego galimatiasu ich kształtów, oraz zestawów kolorów. W moim umyśle pojawiły się najbardziej jaskrawe i tanie ornamenty nowoczesnych lamp oraz kanapowych poduszek. Gonitwa myli była coraz większa. Miałem jednak poczucie, że opiekun doświadczenia cały czas nadąża za mną. Byłem oczywicie świadomy na płaszczyźnie intelektualnej, że popędzam go. Po pierwsze, wszelkie wyjaśnienia były pod ręką. W szaleńczo rosnącym tempie nie było czasu, aby jakąkolwiek myśl przemyśleć do końca. Dlatego wiele zdań tylko rozpoczynałem. Gdy próbowałem koncentrować się na wybranych obiektach, wysiłki moje były daremne, a nawet, w pewnym sensie, wywoływały skutek odwrotny, gdyż umysł koncentrował się na przeciwnych obrazach: drapaczach chmur zamiast kociołów, rozległej pustyni zamiast gór. Zakładałem, że jestem w stanie dokładnie określić upływ czasu, lecz nie zajmowałem się tym zbytnio. Kwestie tego rodzaju nie miały dla mnie najmniejszego znaczenia. Stan mojego umysłu pozostawał niezmiennie radosny. Byłem w świetnej formie, spokojny i brałem aktywny udział w przebiegu doświadczenia. Od czasu do czasu otwierałem oczy. Słabe, czerwone światło wydawało się cudowne w stopniu dużo większym niż wcześniej. Opiekun eksperymentu, pracowicie czyniący notatki, wydawał mi się osobą niezwykle daleką. Co jakiś czas miałem szczególne odczucia cielesne, jakby moje ręce należały do oddalonego ode mnie ciała, a ja jakbym nie był pewien, czy to są moje ręce. Po zakończeniu etapu doświadczenia w ciemności, trochę spacerowalem po pokoju, niezupełnie będąc pewny swoich nóg, i znów poczułem się nie najlepiej. Zrobiło mi się zimno i byłem wdzięczny opiekunowi eksperymentu, kiedy zostałem przykryty kocem. Czułem się potargany, nieogolony i nie umyty. Pokój wydawał się duży i dziwny. Później przykucnąłem na wysokim taborecie, myśląc ustawicznie, że siedzę tu jak ptak na gałęzi. Opiekun zwrócił uwagę na mój nieszczęsny wygląd. Wydawał się szczególnie taktowny. Miałem małe, drobno ukształtowane dłonie. Kiedy je myłem, działo się to w dużej odległości ode mnie, gdzie poniżej, z prawej strony. Nie było całkiem jasne, czy są to moje ręce, ale też zupełnie nie miało to znaczenia. W dobrze mi znanym widoku na zewnątrz, wiele elementów uległo zmianie. Poza przywidzeniami, mogłem teraz także doświadczać realności. Poprzednio nie było to możliwe, choć i wtedy byłem świadomy, że gdzieś tam jest rzeczywistość...
Baraki i stojący przed nimi po lewej stronie garaż zmieniły się nagle w pejzaż pełen roztrzaskanych na kawałki ruin. Widziałem szczątki murów i wystające belki - obrazy niewątpliwie pochodzące ze wspomnień zdarzeń wojennych w tym rejonie. Na monotonnym, rozległym terenie obserwowałem postaci, które próbowałem rysować, lecz nie mogłem się w tym posunąć poza pierwsze, grube początki. Widziałem bardzo bogate ornamenty rzeźbiarskie w ustawicznej metamorfozie, w ciągłej przemianie. Przypominałem sobie wszystkie możliwe obce kultury, widziałem motywy Indian meksykańskich. Spomiędzy kraty utworzonej z beleczek i wypustów, ukazywały się drobne karykatury, bożkowie, maski, dziwnie nagle przemieszane z dziecięcymi rysunkami ludzi. W porównaniu do eksperymentu prowadzonego w zaciemnieniu, tempo zdarzeń zmalało.
I oto euforia minęła. Pogrążyłem się w depresji, zwłaszcza podczas drugiej sesji, która nastąpiła potem, prowadzonej w zaciemnieniu. O ile podczas pierwszej sesji w zaciemnieniu, szybko zmieniające się halucynacje były jasne i świecące, o tyle teraz dominowały kolory: niebieski, fiolet i ciemna zieleń. Większe obrazy ulegały przemianom wolniejszym, łagodniejszym i spokojniejszym, lecz nawet one były utworzone z drobno mżących, “elementarnych punkcików”, które szybko płynęły i wirowały. Podczas pierwszej sesji z zaciemnieniem, ten rozgardiasz był często dokuczliwy, teraz był daleko ode mnie, skupiając się w środku obrazu, gdzie pojawiły się ssące usta. Ujrzałem groty z fantastycznymi wyżłobieniami i stalaktytami, nasuwające mi wspomnienie książki z czasów dzieciństwa Im Wunderreiche des Bergkonigs [W cudownym świecie króla gór]. Wypiętrzyły się łagodne sklepienia łukowe. Po prawej stronie pojawił się nagle rząd dachów baraków. Pomyślałem o wieczornych powrotach do domu podczas służby wojskowej. Co znamienne, obrazy te ukazywały powrót do domu - nie było w nich niczego związanego z wyjazdem, ani żądzą przygód. Czułem się chroniony, otoczony matczyną troską, spokojny. Halucynacje nie były już tak ekscytujące, lecz raczej łagodne i słabnące. Nieco później miałem poczucie władania tą samą mocą, co matka. Wykazywałem pragnienie niesienia pomocy i zachowywałem się w sposób zbyt sentymentalny i niezborny, jeśli chodzi o etykę lekarską. Dostrzegłem to i byłem w stanie to zatrzymać. Lecz stan depresji utrzymywał się. Próbowalem wiele razy wywołać obrazy jasne i radosne, lecz nie udawało mi się to: pojawiały się tylko wzory niebieskie i zielone... Tęskniłem do wyobrażenia jasnego ognia, jak podczas pierwszej sesji w zaciemnieniu. I widziałem ognie, lecz były to ognie ofiarne, płonące na mrocznych blankach cytadeli, na odległych, jesiennych wrzosowiskach. Raz udało mi się ujrzeć jasne, spadające roje iskier, lecz w połowie wysokości iskry przekształciły się w skupisko cicho przemieszczających się plam na ogonie pawia. Podczas eksperymentu byłem pod dużym wrażeniem nieustannej harmonii i spójności mojego umysłu z rodzajem wizji. Podczas drugiej sesji w zaciemnieniu zaobserwowałem, że przypadkowe odgłosy, a także dźwięki specjalnie wytwarzane przez opiekuna, wpływają na zmiany obrazów (efekt synestezji). Podobny efekt zmiany wrażeń wzrokowych można uzyskać po naciśnięciu gałki oczu. Pod koniec drugiej sesji w zaciemnieniu starałem się wywołać fantazje seksualne, które jednak nie pojawiły się ani razu. W żaden sposób nie byłem w stanie wzbudzić w sobie pożądania seksualnego. Kiedy chciałem wyobrazić sobie kobietę, pojawiały się tylko toporne, nowoczesno-prymitywne bryły. Były całkowicie pozbawione erotyczności i natychmiast zmieniały się w poruszające się kręgi i pętle.
Po drugiej sesji w zaciemnieniu czułem się odrętwiały i słaby fizycznie. Pociłem się i byłem wycieńczony. Cieszyłem się, że nie muszę iść do kawiarni na lunch. Asystent laboratoryjny, który przyniósł nam jedzenie, wydał mi się mały i daleki, podobnie filigranowy, jak opiekun eksperymentu...
Gdzieś około godziny trzeciej po południu poczułem się lepiej do tego stopnia, że opiekun mógł wrócić do swojej pracy. Z pewnym wysiłkiem udawało mi się robić notatki własnoręcznie. Usiadłem przy stole i chciałem czytać, ale nie byłem w stanie się skoncentrować. Wydawałem się sobie postacią z surrealistycznego malowidła, której członki nie były połączone z ciałem, lecz raczej były namalowane gdzieś obok przez... Byłem w depresji i rozmyślałem z zacięciem kwestię samobójstwa. Z pewnym strachem uświadomiłem sobie, że myśli tego rodzaju są mi szczególnie bliskie. Było dla mnie niezwykle oczywiste, że ktoś w stanie depresji popełnia samobójstwo...
W drodze do domu i wieczorem byłem znów w stanie euforii, pełen porannych przeżyć. Doświadczyłem rzeczy nieoczekiwanych i mocnych. Czułem, że duży fragment życia pokonałem w kilka godzin.
Kusiło mnie, aby powtórzyć doświadczenie.
Następnego dnia byłem beztroski w myślach i zachowaniu, miałem duże trudności w utrzymaniu koncentracji i byłem apatyczny... Pojawiający się okresowo stan niby-snu utrzymywał się do popołudnia. Miałem duże trudności w przekazywaniu w sposób zborny najprostszych rzeczy. Czułem ogólne, rosnące znużenie i miałem coraz większą świadomość powracania do codziennej rzeczywistości. Drugi dzień po eksperymencie przebiegał w nastroju niezdecydowania... Słaba lecz wyraźna depresja, którą mogłem przypisać działaniu LSD tylko pośrednio, utrzymywała się przez następny tydzień.

Psychiczne skutki działania LSD

Dla nauki obraz działania LSD uzyskany drogą tych pierwszych eksperymentów nie był nowy. W znacznym stopniu przypominał znane powszechnie działanie meskaliny, alkaloidu, który był przebadany już na przełomie wieku. Meskalina jest psychoaktywnym składnikiem kaktusa meksykańskiego Lophophora williamsii (syn. Anhalonium lewinii). Kaktus ten był spożywany przez Indian Ameryki jeszcze w czasach przedkolumbijskich i jest wciąż używany jako święty narkotyk podczas ceremonii religijnych. L. Lewin w swojej monografii Phantastica (Verlag Georg Stilke, Berlin, 1924) dokładnie opisał historię tego narkotyku, nazywanego przez Azteków pejotlem. Alkaloid meskalina został wyodrębniony z kaktusa przez A. Hefftera w 1896 roku, a w roku 1919 E. Spath określił jego chemiczną budowę i dokonał syntezy. Była to pierwsza substancja halucynogenna, określana także mianem fantastikum (typologia aktywnych związków wprowadzona przez Lewina) , dostępna w czystej postaci. Umożliwiła ona studia nad chemicznie wywoływanymi zmianami percepcji zmysłowej, oraz nad złudzeniami (halucynacjami) i odmiennymi stanami świadomości. W roku 1920 poszerzone badania nad meskaliną były prowadzone na zwierzętach i z udziałem ludzi. Zostały one dokładnie opisane przez K. Beringera w książce Der Meskalinrausch (Verlag Julius Springer, Berlin, 1927). Ponieważ badania te nie zakończyły się sukcesem, czyli wskazaniem zastosowań medycznych meskaliny, zainteresowanie tą aktywną substancją zmalało. Wraz z odkryciem LSD, badania związków halucynogennych uzyskały nowy impet. Nowością LSD w porównaniu do meskaliny była jego wysoka aktywność, mieszcząca się w innym przedziale wielkości. Aktywna dawka meskaliny wynosząca 0.2 do 0.5 g odpowiada dawce LSD 0.00002 do 0.0001 g. Innymi słowy, LSD jest od 5 000 do 10 000 razy bardziej aktywne niż meskalina. Wyjątkowa pozycja LSD poród psychofarmaceutyków jest związana nie tylko z jego wysoką aktywnością, czyli potencją ilościową, substancja ta posiada bowiem także znaczenie jakościowe i odznacza się dużą specyfiką działania, co oznacza, że jej aktywność dotyczy zwłaszcza ludzkiej psychiki. Można przyjąć w związku z tym, że LSD oddziałuje na najwyższe ośrodki zawiadujące psychicznymi i intelektualnymi funkcjami człowieka. Psychiczne skutki LSD, będące wynikiem działania tak minimalnych ilości materiału są zbyt znaczące i różnorodne, aby dawały się wytłumaczyć toksycznymi zakłóceniami funkcji mózgu. Gdyby LSD działało wyłącznie jako toksyna mózgu, wówczas doświadczenia z tą substancją miałyby wyłącznie skutek psychopatologiczny i byłyby bezwartościowe z punktu widzenia psychologii i psychiatrii. Z drugiej strony, jest prawdopodobne, że w działaniu LSD potwierdzonym doświadczalnie dużą rolę odgrywają zmiany przewodzenia nerwowego oraz wpływ na aktywność połączeń nerwowych (synaps). Może to oznaczać, że to oddziaływanie bierze się z wyjątkowej kompleksowości systemu wzajemnych powiązań i synaps, w którym uczestniczą miliardy komórek mózgowych - systemu, który warunkuje wyższe funkcje psychiczne i intelektualne człowieka. Byłby to obiecujący obszar poszukiwań przy okazji prowadzenia badań nad wyjaśnieniem niezwykłej mocy LSD.
Natura aktywności LSD może prowadzić do licznych możliwości jego wykorzystania w obszarze medyczno-psychiatrycznym, co wykazały przełomowe badania podstawowe W. A. Stolla. W związku z tym zakłady Sandoza przygotowały nową substancję aktywną dla instytutów badawczych i lekarzy pod postacią leku eksperymentalnego o zaproponowanej przeze mnie nazwie handlowej Delysid (D-lizerginowy-dwuetyloamid). Poniżej znajduje się tekst drukowanej ulotki, zawierającej opis możliwych zastosowań tego środka oraz konieczne ostrzeżenia.
Przyczyną wykorzystywania LSD w psychiatrii analitycznej są następujące psychiczne skutki jego działania.
Po zażyciu LSD wygląd świata, do którego przywykliśmy, ulega rozbiciu i głębokiej transformacji. Jest to powiązane z utratą lub zawieszeniem bariery Ja-Ty.
Pacjenci uwięzieni w pętli własnych problemów mogą dzięki temu doznać pomocy i uwolnić się od fiksacji i poczucia izolacji. Efektem może być lepsze porozumienie z lekarzem oraz zwiększona podatność na działanie psychoterapii. Te terapeutyczne cele osiąga się również dzięki podniesieniu wrażliwości na sugestie pod wpływem działania LSD. Innym ważnym i wartościowym z punktu widzenia psychoterapii skutkiem zażycia LSD jest objaw pojawiania się dawno zapomnianych lub wypartych ze świadomości zdarzeń. Traumatyczne doświadczenia, odkrywane w psychoanalizie, mogą w ten sposób stać się dostępne dla procesu psychoterapeutycznego. Liczne przypadki dokumentują doświadczenia pochodzące z najwcześniejszego dzieciństwa, przywołane z całą wyrazistością podczas psychoanaliz, odbywanych pod wpływem LSD. Nie są to zwyczajne przypomnienia, lecz raczej prawdziwe, ponowne przeżycia, nie reminiscencje, lecz rewiwiscencje, jak nazwał je francuski psychiatra Jean Delay.
LSD nie działa jak prawdziwe lekarstwo; pełni raczej rolę farmaceutycznego wsparcia w trakcie postępowana psychoanalitycznego i psychoterapeutycznego. Służy także podniesieniu efektywności tego postępowania oraz skróceniu czasu jego trwania. LSD może pełnić tę funkcję na dwa sposoby.