Oregon State Police troopers arrested a Seattle, WA man Tuesday, after ten pounds of marijuana, psilocybin mushrooms and LSD were all found in his vehicle. Troopers pulled over Russell Jay Heller, 46, for speeding Tuesday afternoon. During an investigation, the drugs were found throughout the vehicle. Heller was arrested, taken to Lake County Jail, where he faces a long list of charges, including Unlawful Possession, Delivery and Manufacture of a Controlled Substance, two counts of Unlawful Possession of a Schedule I Controlled Substance, as well as an outstanding warrant from Jackson County.
Strona poświęcona Świętemu Kwasowi L.S.D. i jego wyznawcom. Celem NIE jest stworzenie i organizacja Kościoła LSD, w którym wyznawcy-członkowie mogliby legalnie produkować na swe potrzeby oraz spożywać świętą komunię czyli LSD bez ścigania przez prawo. jeszcze NIE Czas na związek wyznaniowy gdzie sakramentem jest LSD. Czas na KWAS. ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI POPIERA TE INICJATYWĘ GDYŻ JAK STWIERDZIŁ "KWASIŁ ZAWSZE I WSZĘDZIE O ILE ŻONA POZWOLIŁA"
29 stycznia 2011
25 lat za kwas - amerykańskie prawo :/
Man accused of hiding LSD
JANUARY 29, 2011
Cedar Rapids man was arrested Thursday after allegedly hiding drugs on a popular candy.
Cedar Rapids man was arrested Thursday after allegedly hiding drugs on a popular candy.
Rhett Alan Jolliffe, 32, was charged with possession of lysergic acid diethylamide, or LSD, from a Sept. 12, 2009, traffic stop in which he was stopped for suspected drunken driving, the Johnson County Sheriff's Office said.
According to the arrest report, Jolliffe was pulled over at Highway 1 and Hawk Ridge and was found to have a foil wrapped package inside a cigarette box. Inside the foil package were 10 pink PEZ candies, which were later found to have drops of LSD on them, police said.
Jolliffe admitted to buying 12 hits of LSD when he drove to Iowa City and took two of them, the report said. The state crime lab determined that the candy had LSD on them, police said.
Jolliffe remained in the Johnson County Jail on a $10,000 cash only bond. If convicted of the Class B felony, he faces up to 25 years in prison.
Rare footage of 1950s housewife in LSD experiment
Grandma on acid! Researcher finds rare footage of 1950s housewife in LSD experiment
By DAILY MAIL REPORTER
Last updated at 11:28 PM on 18th January 2011
Last updated at 11:28 PM on 18th January 2011
- Author discovers TV excerpt while researching Aldous Huxley biography
- 'I'm part of the air... I can see all the molecules,' says spaced-out volunteer
Next time you hear someone say 'Back in the olden days, we had to make our own fun', this is probably what they are talking about.
An American biographer - doing research for a book on pioneers in the field of hallucinogenic drug experimentation - has stumbled upon footage of a prim and proper housewife struggling with the effects of LSD.
The bizarre and slightly creepy footage shows a doctor dosing up the young woman and filming the consequences.
By now, of course, she's likely to be somebody's grandmother.
Experiment: Dr Sidney Cohen with his test subject, a well-dressed and 'normal' LA housewife
Biographer Don Lattin said he came across the footage while preparing a group biography of British writer Aldous Huxley, philosopher Gerald Heard, and Bill Wilson, the co-founder of Alcoholics Anonymous.
Mr Lattin said: 'It's from a television programme, circa 1956, about mental health issues.
'The researcher, Dr Sidney Cohen, was dosing volunteers at the Veteran's Administration Hospital in Los Angeles.'
Down the hatch: The subject drinks her lysergic acid and embarks upon her first 'trip'. The footage provides a fascinating glimpse of how the drug totally warps the mind
'I don't have any inside': The tripping housewife struggles to explain what she is seeing and feeling but appears to be having a pleasant experience
Dr Cohen, seen sitting at a table and wearing a lounge suit - his legs crossed in the classic I'm-a-scientist pose - interviews the unidentified housewife, who is dressed in her best black frock.
She tells the doctor: 'My husband is an employee here at the VA and he said they were looking for normal people, so I volunteered.'
Dr Cohen asks: 'How do you feel about coming here and drinking this strange material?'
She replies: 'A little nervous, perhaps.'
Drug enthusiasts: Aldous Huxley, who wrote The Doors Of Perception after taking mescaline, and Jim Morrison, who named The Doors after Huxley's book
In the unintentionally comical manner that seems to be the preserve of 1950s training films, the camera zooms in on an innocuous-looking glass of clear liquid on the table, as the good doctor says: 'Well, I think it's time for you to have your lycergic acid. Drink this down and we'll be back after a while and see how you're doing.'
As the housewife obediently drains the glass and Dr Cohen smiles benevolently, a dramatic voice-over explains: 'This is a glass of water, colourless, tasteless. It contains 100 gamma of LSD 25. One tenth of a milligram, the equivalent of one 600th of a grain.
GOOD TRIP, BAD TRIP
Lysergic acid diethylamide, abbreviated to LSD and known colloquially as acid, is a psychedelic drug well known for its psychological effects.
Symptoms include altered thinking processes, hallucinations, synaesthesia (where senses are joined - so one can 'taste' colours or 'see' sounds), an altered sense of time and spiritual experiences.
It had a key role in 1960s hippy counterculture, and has been tested by the U.S. military and CIA as an aid in battle, truth serum and mind-control agent.
Regular users talk of 'bad trips', where the spiritual feelings and hallucinations give way to hellish visions and overwhelming anxiety. Bad trips have led to drug-related suicides.
'An ounce of this material will make 150,000 such doses. Let us observe the affect some three hours later.'
Unsurprisingly, three hours later the housewife is insanely high.
She says: 'Everything is in colour and I can feel the air. I can see it, I can see all the molecules - I'm part of it. Can't you see it?'
Dr Cohen asks: 'How do you feel inside.'
She replies: 'Inside? I don't have any inside.'
Mr Lattin said: 'Aldous Huxley, who first tried mescaline in 1953 and wrote about it in his seminal book The Doors Of Perception, got Gerald Heard interested in the spiritual potential of psychedelic drugs.
'Heard then turned to Bill Wilson, guiding him on an LSD trip supervised by Dr Cohen in the summer of 1956 - perhaps in the same room we see in this video.
'Wilson, who started AA in the 1930s, thought LSD could help alcoholics have the spiritual awakening that is such an important part of the 12-step recovery programme he popularised.
'Heard and Huxley set the stage for better-known psychedelic research.'
Huxley's early work also inspired a more layman drug researcher called Jim Morrison, who called his band The Doors after Huxley's The Doors Of Perception.
Read more: http://www.dailymail.co.uk/news/article-1348080/Grandma-acid-Researcher-finds-rare-footage-1950s-housewife-LSD-experiment.html#ixzz1CS5cpDpq
21 lipca 2010
LSD leczy
Szwajcarski psychiatra leczy ciężko chorych ludzi za pomocą LSD. W ten kontrowersyjny sposób udaje mu się złagodzić ich lęk przed bólem i śmiercią. W USA, Wielkiej Brytanii i Izraelu testuje się na pacjentach kolejne substancje psychodeliczne. Czy czeka nas triumfalny powrót narkotyków do psychoterapii?
- Nic się dzieje – pomyślał z lekkim żalem Udo Schulz. – Pewnie dostałem tylko placebo. Leżał na materacu w zalanym światłem pokoju, czekając na pierwsze w jego życiu narkotyczne odurzenie.
44-letni chory na raka Schulz był pierwszym pacjentem od ponad trzydziestu lat, który w ramach badań naukowych mógł całkowicie legalnie zażyć LSD. Chodziło o sprawdzenie, czy dietyloamid kwasu D-lizergowego, sławny narkotyk z czasów hipisowskich, może okazać się pomocny w leczeniu niektórych zaburzeń psychicznych.
Było to 13 maja 2008 roku. W Solurze, cudownie pięknym barokowym miasteczku w północno-zachodniej Szwajcarii panowała, jak niemal zawsze, cisza i spokój. Rzeka Aara, dopływ Renu, płynie tu wolniej niż w Bernie, mijając mury z czasów rzymskich, „Krzywą Wieżę” i Katedrę Św. Ursyna. Do przeprowadzenia eksperymentu o takiej sile społecznego rażenia nie dałoby się chyba znaleźć lepszego miejsca niż to nierzucające się w oczy szwajcarskie miasteczko u podnóża Jury.
Na ścianie gabinetu zabiegowego wisi czerwony dywan. A także gong, bęben i portret uśmiechniętego Buddy. Na cienkich gąbkowych matach tuż obok pacjenta siedzieli tu w kucki psychiatra Peter Gasser i terapeutka Barbara Speich. Całe pół godziny siedzieli tak i czekali. – I wtedy wreszcie poczułem, że w mojej psychice coś się zmieniło – opowiada dziś Schulz. – Wow, to było naprawdę wspaniałe!
Substancję, której działanie odkrył 19 kwietnia 1943 roku w laboratorium koncernu farmaceutycznego Sandor w Bazylei szwajcarski chemik Albert Hofmann, nazwano „psychiczną bombą atomową”. Właściwie Hofmann próbował tylko wyodrębnić ze sporyszu substancję pobudzającą krążenie, lecz zamiast tego otrzymał silny środek halucynogenny. Jeden gram LSD wystarcza, by wprawić w wielogodzinny rausz 20 tysięcy ludzi.
Tego wszystkiego młody naukowiec nie mógł naturalnie owego dnia nawet przeczuwać i tak oto miał miejsce pierwszy w historii narkotyczny odlot i drastyczne przedawkowanie: Hofmann zażył aż 0,25 miligrama nowej substancji. To, co się potem wydarzyło, opisał po pewnym czasie następującymi słowami: „Ogarnął mnie potworny lęk, że wpadam w obłęd. Znalazłem się w całkiem innym świecie, innym pokoju, w innym czasie”. Mijały kolejne godziny, aż wreszcie pomału udało mu się nieco uspokoić: „Zacząłem stopniowo dostrzegać niesłychaną grę kolorów i kształtów i rozkoszowałem się tym widokiem”. Następnego dnia miał „wrażenie błogości“ i darowania mu „całkiem nowego życia”.
O tym, że LSD już niebawem stanie się kultowym dopalaczem członków nowego masowego ruchu, wysławianym przez takich artystów, jak Beatlesi, The Doors, Pink Floyd, przez aktora Cary’ego Granta i pisarza Aldousa Huxleya, że CIA zacznie potajemnie używać go podczas przesłuchań, a milionom ludzi przyniesie on niezwykłe doświadczenia duchowe i twórcze, wielu jednak wpędzi w obłęd lub doprowadzi do samobójstwa, młody wynalazca nie mógł jeszcze nawet śnić. Od samego początku był jednak przekonany, że LSD jest substancją doskonale nadającą się do wywołania stanu „psychicznego rozluźnienia”.
Wielu psychiatrów podzielało nadzieję Hofmanna, że oto znaleziony został środek chemiczny umożliwiający wgląd w ukryte wspomnienia i dawne traumy. Aż do lat siedemdziesiątych LSD stosowano w zwalczaniu depresji, lęków i nałogów, a także w leczeniu migreny, reumatyzmu, paraliżu i chorób skórnych. Ukazało się na ten temat tysiące prac naukowych, większość z nich o bardzo wątpliwej zresztą wiarygodności. Sławny stał się przypadek Yehiela De-Nur (żydowski pisarz urodzony w Sosnowcu – przyp. Onet), który przeżył Auschwitz i w 1976 roku poddał się sześciu sesjom terapeutycznym z użyciem LSD. Przywołały one wspomnienia przeżyć w obozie zagłady, dzięki czemu powstała później poetycka, głęboko wstrząsająca książka „Shivitti: A Vision”.
Kiedy Udo Schulz, królik doświadczalny numer 1, wsiadł w Murnau w Bawarii do pociągu jadącego do Solury, by w narkotycznym odurzeniu stawić czoła lękom, jakie prześladowały go od chwili zdiagnozowania jego choroby, wynalazca LSD nie żył już od dwóch tygodni. Zmarł w wieku 102 lat. Do ostatniej chwili ostrzegał przed niebezpieczeństwami, jakie niesie jego odkrycie, choć wierzył niezłomnie w uzdrawiającą moc nowej substancji. Decyzja, że badania nad nią po 35-letniej przymusowej przerwie zostaną wznowione, oznaczała spełnienie „największego marzenia jego życia”.
Na prowadzącym eksperyment Peterze Gasserze spoczywa ogromna odpowiedzialność. Chodzi nie tylko o spuściznę Alberta Hofmanna. W psychiatrze z Solury nadzieje pokładają również liczni naukowcy z USA i Europy, którzy przez długie lata walczyli o prawo do kontynuowania badań nad LSD i innymi substancjami psychodelicznymi. – Byłbym rad, gdyby można było wprowadzić do terapii substancje psychoaktywne – mówi Rolf Verres, lekarz i dyrektor oddziału psychologii medycznej kliniki uniwersyteckiej w Heidelbergu.
Gdzie indziej powrót halucynogenów do psychoterapii wydaje się już całkiem bliski. W USA, Wielkiej Brytanii, Izraelu i Szwajcarii w ostatnim czasie zezwolono na wiele badań z użyciem ecstasy i psylocybiny, substancji uzyskiwanej z halucynogennych grzybów. Uczeni będą starali się dociec, czy mogą być one przydatne w leczeniu weteranów wojennych i pacjentów skarżących się na różnego rodzaju lęki. Pierwsze wyniki, twierdzą naukowcy, wyglądają bardzo zachęcająco.
Dopiero Peter Gasser odważył się jednak sięgnąć po najsilniejszy i najbardziej sławny z owych narkotyków – LSD. Od rezultatów jego badań zależy, jak władze potraktują kolejne próby tego typu. 49-letni uczony przez prawie półtora roku odpierał ataki mediów, usiłujących wydobyć od niego jakieś informacje. Swój kontrowersyjny eksperyment wolał trzymać w całkowitej tajemnicy. Dziś po raz pierwszy zaprasza dziennikarza, ale zaraz na wstępie chce wyjaśnić jedną kwestię. Nie jest ani Mesjaszem, ani rewolucjonistą, nie chodzi mu o stopniowe zalegalizowanie narkotyku, ale wyłącznie o badania naukowe. Zamierza wykazać, że za pomocą LSD można zrobić w psychoterapii coś dobrego.
Gasser jest przewodniczącym niewielkiego szwajcarskiego związku lekarzy specjalizujących się w terapii psycholitycznej. Organizacja ta, licząca 50 członków, z których jedna trzecia to Niemcy, opowiada się za stosowaniem halucynogenów do celów leczniczych. Na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy w Szwajcarii było to możliwe pod warunkiem uzyskania specjalnego zezwolenia, Gasser odbył tego typu szkolenie. Nauczył się, jak stosować w terapii środki psychodeliczne, w tym również LSD. Na sposób oddziaływania narkotyku ogromny wpływ ma otoczenie – mówi naukowiec. – My stwarzamy atmosferę relaksu, dlatego nasi pacjenci są spokojni.
Podczas sesji w tle słychać muzykę, od czasu do czasu Gasser używa też wiszącego na ścianie bębna. Z dotychczasowych ochotników żaden nie doświadczył niczego strasznego – twierdzi. Środki uspokajające, leżące w pogotowiu, gdyby okazały się potrzebne ani razu jeszcze się nie przydały. – Jeśli LSD stosuje się pod kontrolą, nie jest to bardziej niebezpieczne niż jakiekolwiek inne formy terapii – twierdzi psychiatra.
Pod względem chemicznym narkotyk ów jest spokrewniony z produkowaną przez ludzki organizm serotoniną. Działa na te same obszary mózgu, zwłaszcza na układ limbiczny, w którym zachodzą procesy filtrowania, przetwarzania i emocjonalnej oceny wrażeń zmysłowych. LSD wyłącza w dużym stopniu funkcję filtra, w efekcie czego mózg zalewany jest nowymi informacjami. Podwyższa jednocześnie poziom neuroprzekaźnika dopaminy w tak zwanym ciele prążkowanym, co dodatkowo wzmaga napływ bodźców. Dzięki temu owa substancja wpływa na postrzeganie zmysłowe, proces myślenia oraz nastrój. Pod jej wpływem zmienia się poczucie czasu i przestrzeni, zanika granica między własnym „ja” a otoczeniem. Może to być odczuwane jako błogie stapianie się ze wszechświatem, ale również jako budząca strach utrata kontroli nad własnym ciałem i myśleniem. Eksperci jednak nie mają wątpliwości: LSD nie powoduje ani fizycznego, ani psychicznego uzależnienia.
Czy tego rodzaju odurzenie może rzeczywiście pomóc w przezwyciężeniu lęków? Borwin Bandelow, profesor psychiatrii na uniwersytecie w Getyndze, największy niemiecki specjalista w terapii stanów lękowych, patrzy na to dość sceptycznie. – Każda metoda terapeutyczna, jaka istnieje na świecie, ma zwolenników, którzy opowiedzą wam coś takiego – mówi. Mimo to cieszyłby się, gdyby w wiarygodnych badaniach, prowadzonych pod ścisłą kontrolą, sprawdzono skuteczność substancji psychoaktywnych w leczeniu lęków. – To ogromnie interesujący temat – dodaje profesor.
Zmiany w postrzeganiu, przedmioty, które nagle ożywają, wrażenie szybowania w przestworzach – wszystko to jest oczywiście bardzo spektakularne, mówi Gasser, ale to jedynie zjawiska uboczne. Sprawą decydującą jest dla niego głębokie poznanie własnego „ja” i oparte na zaufaniu relacje, jakie pacjent w bardzo krótkim czasie nawiązuje ze swoim terapeutą. – Z taką intensywnością działa to jedynie dzięki LSD.
Substancję tę Gasser może obecnie podawać dwunastu pacjentom, którzy z powodu poważnych schorzeń fizycznych cierpią na silne lęki. Ośmiu z nich podczas dwóch całodniowych sesji odbywających się co kilka tygodni otrzymuje każdorazowo kapsułkę zawierająca 200 mikrogramów LSD. Pozostała czwórka to grupa kontrolna, otrzymują pozbawioną działania dawkę 20 mikrogramów. – W przypadku takiej substancji jak LSD podawanie placebo jest naturalnie wątpliwe – przyznaje Gasser. Pacjent szybko domyśla się, co przed chwilą zażył. Ale w badaniach medycznych obowiązuje taka właśnie praktyka.
Trojgu pacjentów, którzy otrzymywali skuteczną dawkę, terapia przyniosła korzyści – twierdzi Gasser. Ale badania jeszcze trwają. Aby ich wyniki miały znaczenie statystyczne, liczba dwunastu zaledwie pacjentów to i tak o wiele za mało. – Mamy nadzieję udowodnić w końcu, że podczas takiej terapii nie występują żadne poważne incydenty, a wyniki wskazują, iż jest to skuteczna metoda leczenia – mówi szef zespołu przeprowadzającego eksperyment.
Udo Schulz z wysiłkiem szuka słów, by opisać swoje doświadczenia z narkotykiem. Z ociąganiem zaczyna wreszcie opowiadać: – Doniczka z kwiatkiem, dywan, cały pokój nagle jakby zbudził się do życia. Udo krzyżuje palce i spogląda w zamyśleniu na widok za oknem. Po chwili zaczyna mówić dalej: – Było to, można powiedzieć, jak doznanie jakiejś mistycznej jedności.
Jego problemy zaczęły się wiosną 2006 roku. Rozpoczął akurat nową pracę jako pielęgniarz w domu starców. Było to stresujące zajęcie, z początku Udo myślał, że właśnie ono odbiera mu apetyt. Po każdym posiłku czuł ucisk w żołądku. Jadł więc coraz mniej, bardzo stracił na wadze. W końcu jeden z lekarzy wysłał go do najbliższego szpitala. Leżał tam przez kilka dni, potem dano mu do ręki jego kartę i kazano pójść na ostatnie badanie. – Idąc tam, przeczytałem diagnozę. Rak żołądka.
Jak człowiek reaguje na coś takiego? – Z początku pomyślałem, że to pewnie nie moja karta. Niemożliwe, żebym miał raka, zawsze przecież prowadziłem zdrowy tryb życia – opowiada Schulz, wykrzywiając wargi w coś w rodzaju uśmiechu. Musiał jednak poddać się operacji, rozumiał tę konieczność. Usunięto mu jedną trzecią przełyku i większą część żołądka. Lekarze nie znaleźli przerzutów, zrezygnował więc z chemioterapii.
Od tamtego czasu jego życiem zawładnął lęk. Męczyła go myśl, że już nigdy nie wyzdrowieje, nie wrócą mu siły, straci pracę, będzie musiał się poddać. Zmuszał się do nadludzkiego wysiłku, by móc znowu pracować. W nocy leżał, nie mogąc zasnąć. Rozmowy z psychologiem niewiele mu pomogły. Kiedy przypadkowo natknął się w internecie na informację o szwajcarskim eksperymencie z LSD, poczuł, że to coś dokładnie dla niego. – Podczas wstępnych testów okazało się, że jestem najwyraźniej jednym z tych, którzy mają takie właśnie zaburzenia lękowe.
Rok po terapii z użyciem LSD Schulz jest znów w stanie pracować. Kilka miesięcy temu zatrudnił się w ośrodku ambulatoryjnej pomocy dla seniorów, gdzie ma ruchomy czas pracy i może zaplanować sobie parę przerw. W ten sposób, ma nadzieję, przepracuje liczbę godzin wymaganą przy pełnym etacie. Aby utrzymać kondycję fizyczną, jeździ na rowerze i kilka razy w tygodniu gra w ping-ponga. Jest przekonany, że LSD mu pomogło. Narkotyk dał mu kopa, zastrzyk energii, którego potrzebował, gdy czuł się zniechęcony i do niczego nieprzydatny. W wywołanym nim odurzeniu po raz pierwszy poczuł z całą siłą swój smutek i złość z powodu choroby. – Wtedy mogłem wreszcie rozbeczeć się jak dziecko – mówi, próbując znów się uśmiechnąć.
Żałuje tylko jednego. Te dwie sesje terapeutyczne były o wiele za krótkie. – Chętnie kontynuowałbym terapię z użyciem LSD – mówi, wyglądając przez okno. – Ale jedynie pod warunkiem, że będzie to całkowicie legalne.
http://portalwiedzy.onet.pl
LSD uleczy lęki
Jolanta Chyłkiewicz 29 października 2009
Udo Schulz zachorował na raka żołądka. Leczenie onkologiczne przynosiło co prawda dobre efekty, ale mężczyznę zabijały czarne myśli. Cierpiał też na bezsenność. Rozmowy z psychologiem niewiele dawały. Pomogła mu dopiero terapia u szwajcarskiego lekarza, Petera Gassera (prowadzi prywatną praktykę psychiatryczną w Solurze), podczas której dostał dwie dawki LSD. Narkotyk dał mu zastrzyk energii, której potrzebował, gdy był załamany chorobą – stwierdził w wywiadzie dla „Der Spiegel”. Minął już rok, a lęki nie wróciły. Udo czuje się na tyle dobrze, że może pracować. W wolnym czasie jeździ na rowerze i gra w ping-ponga.
LSD lekarstem na lęki
Schultz był pierwszym z ośmiu pacjentów, którym dr Gasser podał LSD do zwalczania lęku spowodowanego ciężką chorobą. U trójki pacjentów terapia przyniosła trwałą poprawę – twierdzi Gasser. Pozostali czują się dobrze, ale jak twierdzi szwajcarski psychiatra – minęło zbyt mało czasu, by można było mówić o sukcesie w leczeniu. Dr Gasser jest ostrożny w słowach, bo stosowanie narkotyków w medycynie to sprawa niezwykle delikatna, sama zaś terapia LSD jest największym od 30 lat psychiatrycznym eksperymentem. Od jego wyników będzie zależało, czy ulubiony narkotyk hipisów, a także inne środki halucynogenne znowu znajdą zastosowanie w leczeniu chorób psychicznych. Znowu, bo w latach 50. i 60. stosowano je już do zwalczania depresji, fobii, manii i lęków.
LSD psychiczną bombą atomową
LSD został odkryty przez przypadek w 1938 roku przez szwajcarskiego chemika Alberta Hofmanna. Z grzybka pasożytującego na zbożu, buławinki czerwonej, próbował on wyodrębnić substancję pobudzającą krążenie, a otrzymał środek powodujący odmienne stany świadomości, który później nazwano psychiczną bombą atomową. Kiedy Hofmann zażył go po raz pierwszy, sądził, że umiera. Jednak następnego dnia czuł się tak błogo, jakby podarowano mu nowe życie. Od samego początku był przekonany, że wynalazł substancję nadającą się do wywołania stanu rozluźnienia, zbawienną dla wielu ludzi z zaburzeniami psychicznymi. Jakież więc było jego rozczarowanie, kiedy LSD stało się ulubioną zabawką dzieci kwiatów, CIA zaczęła go stosować podczas przesłuchań, a armia testować jako broń do psychicznego zniewalania wroga. Dyrektor firmy Sandoz z Bazylei, produkującej halucynogenne tabletki, powiedział wtedy Hofmannowi: „Lepiej, gdybyś tego LSD w ogóle nie wynalazł”. Ostatecznie, by zlikwidować dostęp do halucynogenu, w 1967 roku FDA zabroniła jego produkcji i stosowania. Od tej chwili był już tylko nielegalnym narkotykiem.
W niektórych gabinetach psychiatrycznych LSD używano jednak jeszcze w latach 70. W 1976 roku z powodu nawracających koszmarów skutecznej terapii poddał się m.in. Yehiel De-Nur, autor „Domu lalek”, który przeżył Auschwitz. Wizje pomieszane ze wspomnieniami z obozu opisał potem we wstrząsającej książce „Shivitti:A vision”. W Szwajcarii w wyjątkowych przypadkach po odpowiednim zezwoleniu komisji lekarskiej używano go jeszcze w latach 90. Wtedy właśnie dr Gasser zaczął uczyć się stosowania halucynogenów.
LSD doprowadzało do samobójstw
Dzięki zdobytej wówczas wiedzy mógł teraz rozpocząć pierwszą po 30 latach eksperymentalną terapię przy użyciu najsilniejszego z nich, LSD. Leczenie nim wymaga sporej wiedzy, bo LSD może powodować nieraz straszliwe wizje. W latach 60. zdarzały się przypadki, w których ludzie znajdujący się pod jego wpływem wyskakiwali przez okno albo okaleczali się. Sam Albert Hofmann, który nieświadomie wziął gigantyczną dawkę LSD, wspominał potem: „Demon opanował moją duszę. Wszyscy ludzie, których widziałem, mieli na sobie straszne maski”. Reakcji na LSD nigdy nie da się przewidzieć. Dlatego podczas sesji terapeutycznych u dr. Gassera leki uspokajające zawsze czekają w pogotowiu na wypadek, gdyby pacjent chciał targnąć się na życie.
Nie zostały jednak ani razu użyte, bo szwajcarski lekarz wie, w jaki sposób uchronić pacjentów przed nieprzyjemnymi wrażeniami po LSD. Dr Gasser twierdzi, żereakcja chorego na narkotyk zależy w dużej mierze od otoczenia. Jeśli czuje się spokojny i bezpieczny (gabinet psychiatry jest przytulny, z głośników sączy się muzyka), nie ma po LSD strasznych halucynacji. Terapii towarzyszą przyjemne, trudne do opisania przeżycia – pacjent zaczyna inaczej postrzegać własne ciało, szybuje w przestworzach, ma poczucie łączności ze światem albo istotą wyższą. Już samo to wrażenie jest tak niezwykłe, że wydaje się mieć korzystny wpływ na psychikę i spycha niepokój na plan dalszy. Wizje, zdaniem dr. Gassera, to tylko skutek uboczny działania LSD. Ważniejsze, że pod jego wpływem pacjenci szybciej nawiązują kontakt z terapeutą i stają się bardziej podatni na sugestie.
Tego samego zdania był czeski psychiatra Stanislav Grof, znany z tego, że prowadził tzw. turbopsychoanalizę, podając wcześniej pacjentom LSD. Twierdził on, że po kilku takich spotkaniach widać było efekty, jakie normalnie osiąga się po kilku latach terapii. – LSD działa na korę mózgową i zmniejsza zdolność do racjonalnej oceny. Pacjent staje się więc bardziej otwarty i łatwiej przyjmuje wszelkie przekazy psychoterapeutyczne – mówi prof. Jerzy Vetulani, psychofarmakolog i neurobiolog z Instytutu Farmakologii PAN w Krakowie. Łatwiej poddaje się terapii, a jednocześnie sam LSD wydaje się zmniejszać lęk podobnie jak nowoczesne leki. Układ w mózgu, odpowiedzialny za jego regulację, jest czuły na serotoninę. Chemicznie LSD jest do niej podobny, dlatego przypuszczalnie może uwalniać pacjentów nawet od silnego niepokoju.
Halucynogeny są nieocenione w leczeniu
Halucynogeny mają w sobie wielki, nieodkryty jeszcze potencjał – twierdzi prof. Charles Grob, psychiatra z Ośrodka Medycznego Harbor-UCLA. Za tym, by ponownie zaczęto używać ich w leczeniu, od kilku lat opowiadają się naukowcy i lekarze zrzeszeni w Swiss Medical Society for Psycholytic Therapy (dr Gasser jest jego przewodniczącym) oraz amerykańskim Multidyscyplinary Association for Psychodelic Studies. Są zgodni co do jednego: środki halucynogenne to ostateczność i nie należy ich stosować u zdrowych tylko dla poprawy samopoczucia.
Na razie próbują rozstrzygnąć jedynie, na ile halucynogeny mogą przydać się w łagodzeniu lęku przed śmiercią u chorych na raka. Ale planują także doświadczenia sprawdzające, czy te narkotyczne środki mogą być pomocne w leczeniu depresji, natręctw, choroby dwubiegunowej, a także w tzw. zespole klasterowym Hortona. Ta choroba objawia się wyjątkowo silnymi, niekiedy opornymi na leczenie bólami głowy. Chorzy, którym nie pomagają środki przeciwbólowe, na własną rękę zaczęli sięgać po halucynogeny. Okazało się, że u 85 proc. z nich likwidowały ból, i to lepiej niż zalecane przez lekarzy specyfiki (te pomagały zaledwie co drugiemu pacjentowi). Środki halucynogenne zapobiegały też kolejnym napadom bólu, twierdzili chorzy. Amerykańscy lekarze chcą sprawdzić, czy rzeczywiście środek ten jest tak skuteczny, jak mówią stosujący go na własną odpowiedzialność pacjenci.
Gdyby Albert Hofmann żył, i tak byłby szczęśliwy, że jego demoniczny wynalazek ma szansę posłużyć wreszcie do czegoś dobrego.
Czym LSD różni się od amfetaminy?
Halucynogeny to inna grupa narkotyków niż amfetamina czy heroina. Nie są toksyczne dla organizmu. Nie powodują też uzależnień, bo inaczej działają na mózg niż heroina czy amfetamina. Te najbardziej znane narkotyki powodują wyrzut dopaminy i szybkie pobudzenie układu nagrody, który jest centrum przyjemności w mózgu. Kiedy po pewnym czasie ilość tego hormonu spada, zaczynamy odczuwać narkotyczny głód. LSD i inne środki halucynogenne, takie jak psylocybina z grzybów np. łysiczki lancetowatej, czy meskalina z kaktusów pejotl, nie uwalniają dopaminy, tylko działają na komórki nerwowe czułe na serotoninę. Po ich zażyciu w pierwszej chwili pojawiają się nieprzyjemne wrażenia. Dopiero po pewnym czasie powstają przyjemne doznania generowane przez układ nagrody. Do jego pobudzenia dochodzi jednak pośrednio, a reakcja ta jest rozłożona w czasie. Dlatego nie ma ryzyka uzależnienia.
http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/nauka/lsd-uleczy-leki,48010,3
LSD lekarstem na lęki
Schultz był pierwszym z ośmiu pacjentów, którym dr Gasser podał LSD do zwalczania lęku spowodowanego ciężką chorobą. U trójki pacjentów terapia przyniosła trwałą poprawę – twierdzi Gasser. Pozostali czują się dobrze, ale jak twierdzi szwajcarski psychiatra – minęło zbyt mało czasu, by można było mówić o sukcesie w leczeniu. Dr Gasser jest ostrożny w słowach, bo stosowanie narkotyków w medycynie to sprawa niezwykle delikatna, sama zaś terapia LSD jest największym od 30 lat psychiatrycznym eksperymentem. Od jego wyników będzie zależało, czy ulubiony narkotyk hipisów, a także inne środki halucynogenne znowu znajdą zastosowanie w leczeniu chorób psychicznych. Znowu, bo w latach 50. i 60. stosowano je już do zwalczania depresji, fobii, manii i lęków.
LSD psychiczną bombą atomową
LSD został odkryty przez przypadek w 1938 roku przez szwajcarskiego chemika Alberta Hofmanna. Z grzybka pasożytującego na zbożu, buławinki czerwonej, próbował on wyodrębnić substancję pobudzającą krążenie, a otrzymał środek powodujący odmienne stany świadomości, który później nazwano psychiczną bombą atomową. Kiedy Hofmann zażył go po raz pierwszy, sądził, że umiera. Jednak następnego dnia czuł się tak błogo, jakby podarowano mu nowe życie. Od samego początku był przekonany, że wynalazł substancję nadającą się do wywołania stanu rozluźnienia, zbawienną dla wielu ludzi z zaburzeniami psychicznymi. Jakież więc było jego rozczarowanie, kiedy LSD stało się ulubioną zabawką dzieci kwiatów, CIA zaczęła go stosować podczas przesłuchań, a armia testować jako broń do psychicznego zniewalania wroga. Dyrektor firmy Sandoz z Bazylei, produkującej halucynogenne tabletki, powiedział wtedy Hofmannowi: „Lepiej, gdybyś tego LSD w ogóle nie wynalazł”. Ostatecznie, by zlikwidować dostęp do halucynogenu, w 1967 roku FDA zabroniła jego produkcji i stosowania. Od tej chwili był już tylko nielegalnym narkotykiem.
W niektórych gabinetach psychiatrycznych LSD używano jednak jeszcze w latach 70. W 1976 roku z powodu nawracających koszmarów skutecznej terapii poddał się m.in. Yehiel De-Nur, autor „Domu lalek”, który przeżył Auschwitz. Wizje pomieszane ze wspomnieniami z obozu opisał potem we wstrząsającej książce „Shivitti:A vision”. W Szwajcarii w wyjątkowych przypadkach po odpowiednim zezwoleniu komisji lekarskiej używano go jeszcze w latach 90. Wtedy właśnie dr Gasser zaczął uczyć się stosowania halucynogenów.
LSD doprowadzało do samobójstw
Dzięki zdobytej wówczas wiedzy mógł teraz rozpocząć pierwszą po 30 latach eksperymentalną terapię przy użyciu najsilniejszego z nich, LSD. Leczenie nim wymaga sporej wiedzy, bo LSD może powodować nieraz straszliwe wizje. W latach 60. zdarzały się przypadki, w których ludzie znajdujący się pod jego wpływem wyskakiwali przez okno albo okaleczali się. Sam Albert Hofmann, który nieświadomie wziął gigantyczną dawkę LSD, wspominał potem: „Demon opanował moją duszę. Wszyscy ludzie, których widziałem, mieli na sobie straszne maski”. Reakcji na LSD nigdy nie da się przewidzieć. Dlatego podczas sesji terapeutycznych u dr. Gassera leki uspokajające zawsze czekają w pogotowiu na wypadek, gdyby pacjent chciał targnąć się na życie.
Nie zostały jednak ani razu użyte, bo szwajcarski lekarz wie, w jaki sposób uchronić pacjentów przed nieprzyjemnymi wrażeniami po LSD. Dr Gasser twierdzi, żereakcja chorego na narkotyk zależy w dużej mierze od otoczenia. Jeśli czuje się spokojny i bezpieczny (gabinet psychiatry jest przytulny, z głośników sączy się muzyka), nie ma po LSD strasznych halucynacji. Terapii towarzyszą przyjemne, trudne do opisania przeżycia – pacjent zaczyna inaczej postrzegać własne ciało, szybuje w przestworzach, ma poczucie łączności ze światem albo istotą wyższą. Już samo to wrażenie jest tak niezwykłe, że wydaje się mieć korzystny wpływ na psychikę i spycha niepokój na plan dalszy. Wizje, zdaniem dr. Gassera, to tylko skutek uboczny działania LSD. Ważniejsze, że pod jego wpływem pacjenci szybciej nawiązują kontakt z terapeutą i stają się bardziej podatni na sugestie.
Tego samego zdania był czeski psychiatra Stanislav Grof, znany z tego, że prowadził tzw. turbopsychoanalizę, podając wcześniej pacjentom LSD. Twierdził on, że po kilku takich spotkaniach widać było efekty, jakie normalnie osiąga się po kilku latach terapii. – LSD działa na korę mózgową i zmniejsza zdolność do racjonalnej oceny. Pacjent staje się więc bardziej otwarty i łatwiej przyjmuje wszelkie przekazy psychoterapeutyczne – mówi prof. Jerzy Vetulani, psychofarmakolog i neurobiolog z Instytutu Farmakologii PAN w Krakowie. Łatwiej poddaje się terapii, a jednocześnie sam LSD wydaje się zmniejszać lęk podobnie jak nowoczesne leki. Układ w mózgu, odpowiedzialny za jego regulację, jest czuły na serotoninę. Chemicznie LSD jest do niej podobny, dlatego przypuszczalnie może uwalniać pacjentów nawet od silnego niepokoju.
Halucynogeny są nieocenione w leczeniu
Halucynogeny mają w sobie wielki, nieodkryty jeszcze potencjał – twierdzi prof. Charles Grob, psychiatra z Ośrodka Medycznego Harbor-UCLA. Za tym, by ponownie zaczęto używać ich w leczeniu, od kilku lat opowiadają się naukowcy i lekarze zrzeszeni w Swiss Medical Society for Psycholytic Therapy (dr Gasser jest jego przewodniczącym) oraz amerykańskim Multidyscyplinary Association for Psychodelic Studies. Są zgodni co do jednego: środki halucynogenne to ostateczność i nie należy ich stosować u zdrowych tylko dla poprawy samopoczucia.
Na razie próbują rozstrzygnąć jedynie, na ile halucynogeny mogą przydać się w łagodzeniu lęku przed śmiercią u chorych na raka. Ale planują także doświadczenia sprawdzające, czy te narkotyczne środki mogą być pomocne w leczeniu depresji, natręctw, choroby dwubiegunowej, a także w tzw. zespole klasterowym Hortona. Ta choroba objawia się wyjątkowo silnymi, niekiedy opornymi na leczenie bólami głowy. Chorzy, którym nie pomagają środki przeciwbólowe, na własną rękę zaczęli sięgać po halucynogeny. Okazało się, że u 85 proc. z nich likwidowały ból, i to lepiej niż zalecane przez lekarzy specyfiki (te pomagały zaledwie co drugiemu pacjentowi). Środki halucynogenne zapobiegały też kolejnym napadom bólu, twierdzili chorzy. Amerykańscy lekarze chcą sprawdzić, czy rzeczywiście środek ten jest tak skuteczny, jak mówią stosujący go na własną odpowiedzialność pacjenci.
Gdyby Albert Hofmann żył, i tak byłby szczęśliwy, że jego demoniczny wynalazek ma szansę posłużyć wreszcie do czegoś dobrego.
Czym LSD różni się od amfetaminy?
Halucynogeny to inna grupa narkotyków niż amfetamina czy heroina. Nie są toksyczne dla organizmu. Nie powodują też uzależnień, bo inaczej działają na mózg niż heroina czy amfetamina. Te najbardziej znane narkotyki powodują wyrzut dopaminy i szybkie pobudzenie układu nagrody, który jest centrum przyjemności w mózgu. Kiedy po pewnym czasie ilość tego hormonu spada, zaczynamy odczuwać narkotyczny głód. LSD i inne środki halucynogenne, takie jak psylocybina z grzybów np. łysiczki lancetowatej, czy meskalina z kaktusów pejotl, nie uwalniają dopaminy, tylko działają na komórki nerwowe czułe na serotoninę. Po ich zażyciu w pierwszej chwili pojawiają się nieprzyjemne wrażenia. Dopiero po pewnym czasie powstają przyjemne doznania generowane przez układ nagrody. Do jego pobudzenia dochodzi jednak pośrednio, a reakcja ta jest rozłożona w czasie. Dlatego nie ma ryzyka uzależnienia.
http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/nauka/lsd-uleczy-leki,48010,3
Rybie pseudo LSD
Może już niedługo wszelkiego rodzaju koneserzy narkotyków po porcję halucynogennych przysmaków nie będą chodzić do dilera, tylko do ekskluzywnych restauracji.
Co prawda ryby te są podawane w restauracjach śródziemnomorskich, lecz podawane są bez głowy. A to właśnie zjedzenie głowy powoduje wielogodzinne, a nawet wielodniowe nierealne wizje. Działa tak na człowieka (czy innego jedzącego) plankton, którym ryba się żywi.
W 2006 roku dwoje smakoszy przez wiele dni cierpiało na halucynacje i koszmary senne spowodowane źle przygotowaną sarpa salpa zjedzoną w jednej z restauracji w południowej Francji. http://www.neurotyk.net/2009/05/rybi-lsd/
LSD w walce z alkoholizmem
Druga z dwunastu tradycji Anonimowych Alkoholików brzmi: „Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą.”. Niektórym wydać się może dziwne, że uzależnienie od alkoholu łączy się tak mocno z elementami religijnymi. Historia walki z tym uzależnieniem pokazuje jednak, że obie te sfery, alkoholowej choroby i duchowej głębi, zaskakująco często się przecinają.
Uzależnienie od alkoholu przyciągnęło uwagę medycyny dopiero w pierwszej połowie XX wieku, kiedy to alkoholizm zaczęto traktować jako problem zdrowotny, a nie natury upadku moralnego. Lata pięćdziesiąte były przełomowe i wpuściły alkoholizm na salony szpitalne. Dlaczego jednak doszło do tak radykalnej zmiany nastawienia wobec tego problemu?
Profesor E. M. Jellinek, pracownik uniwersytetu Yale, był jednym z pionierów badań na temat wpływu alkoholu na ludzi – prowadzono pierwsze doświadczenia kliniczne, a naukowe podejście do sprawy owocowało zdobywaniem dowodów, że alkoholizm ma podłoże genetyczne, biologiczne, a zatem powinien być leczony przez lekarzy.
Innym wytłumaczeniem może być ekspansja budowanych przez stany ośrodków pomocy dla alkoholików. Rząd, pompując pieniądze w projekty walki z problemami społecznymi, zaczął zaliczać owe ośrodki pomocy do systemu zdrowotnego. Sami przedstawiciele przemysłu alkoholowego popularyzowali alkoholizm jako biologiczne zaburzenie – bo skoro uzależnienie jest chorobą, to dotyka ona tylko dane jednostki, nie mnie – i tak skoczyły zyski piwnych magnatów.
W 1950 roku psychiatra Humphry Osmond, pracujący w szpitalu St George’a w Londynie, razem ze swoim kolegą Johnem Smythies’em, badali reakcje ludzi na stany indukowane chemicznie. Wyjątkowym zainteresowaniem darzyli meskalinę, którą po dwóch latach badań posądzili o wywoływanie symptomów schizofrenii, łącznie z halucynacjami, urojeniami, niezorganizowanymi myślami i takim też zachowaniem (nic dziwnego, że Witkacy lubił ten przysmak). Dalsza praca pozwoliła ustalić, że meskalina ma zaskakująco podobną strukturę do adrenaliny. Stworzono więc teorię, jakoby schizofrenia była rezultatem biochemicznego rozregulowania u chorego.
Osmond jednak nie zainteresował tematem reszty kolegów i nie mógł kontynuować badań w Londynie. Przeniósł się do Kanady, gdzie w szpitalu dla psychicznie chorych w Weyburn poznał Abrama Hoffera. Razem dzielili ciekawość co do odmiennych stanów indukowanych chemicznie, a zainteresowanie meskaliną wkrótce zapoznało Osmonda z dietyloamidem kwasu D-lizergowego, potocznie zwanym LSD. To była miłość od pierwszego wejrzenia – symptomy zażycia podobne do meskaliny, jednak o wiele mocniejsze. Badania nad tym specyfikiem
potwierdzały wcześniejszą hipotezę o biochemicznym niepokoju, bowiem narkotyk ten powodował unikalne, bardzo głębokie przeżycia. Jednakże wczesne eksperymenty ukazały również psychiatrom drogę do nowej terapii. Stany wywołane LSD powodowały pojawienie się u ochotników nowych poziomów samoświadomości. Badani, wracając pamięcią do tego co zaszło podczas „tripu”, twierdzili, że udało im się spostrzec swoją sytuację rodzinną, osobistą, w społeczności z odleglejszej perspektywy. Niektórzy określali to uczucie jako mocno duchowe. Osmond i Hoffer zaczęli się zastanawiać, czy wywołanie takiego stanu u człowieka może wpłynąć na zmianę jego zachowań, nawyków… W 1953 roku rozpoczęły się więc testy na alkoholikach.
Pomysł na wykorzystanie tej grupy ludzi zrodził się z bardzo późnej rozmowy obu badaczy. Porównali oni stan po zażyciu LSD do delirium tremens. Pomysł wydał się tak dziwny, że aż oboje się zaśmiali. Ale ponieważ o 4 nad ranem każdy dziwny pomysł jest dobry, gdy śmiech ustał, zaczęli oni snuć nowe hipotezy eksperymentalne. Około 10% alkoholików cierpiących na delirium kończy swoje życie dość marnie, dla pozostałych może to być jednak punkt zwrotny i wyjście do skutecznej terapii. Jeśli LSD wywołuje tak zwaną delirkę, specyfik ten może stać się furtką skutecznej terapii uzależnienia…
Pierwszymi pacjentami była para, mężczyzna i kobieta, potraktowani dawką 200 mikrogramów LSD. Dawka była dopasowana na zasadzie, że skoro mniejsze ilości indukują u zdrowych ludzi delirium tremens, u alkoholików potrzeba czegoś więcej(1). Wynik tego pierwszego eksperymentu? Mężczyzna przestał pić i pozostał trzeźwy przez 6 miesięcy (po czym skończyła się obserwacja).Kobieta jednak pozostała w szponach nałogu. Czyli, jakby nie patrzeć, 50% szansa na uzdrowienie. Po eksperymentach na ponad 700 pacjentach raportowali podobne wyniki. Hoffer uważał, że to samo doświadczenie jest kluczowym czynnikiem w terapii, a nie spowodowana zażyciem zmiana biochemiczna w mózgu. W ten sposób, z działki czysto psychiatrycznej, metoda ta zaczęła być przesuwana w rejony psychoterapii, gdzie większe znaczenie ma przeżywanie subiektywne.
Widząc podniesione brwi powątpiewania u kolegów po fachu dwaj badacze postanowili lepiej obudować teoretycznie swoje trudne do sklasyfikowania wyniki. Z pomocą przyszła stara teoria o adrenalinie u schizofreników. Hormon ten okazał się również obecny w znacznym stopniu u osób przeżywających delirium. Tym razem więc biochemiczna nierównowaga stała się teoretyczną przyczyną nadmiernego picia.
Jake Calder, dyrektor biura ds. alkoholizmu w placówce Osmonda i Hoffera, również wierzył w siłę LSD jako medycznego środka przeciwko uzależnieniu. Twierdził on, że chociaż medycyna dała dużo alkoholikom określając ich stan w ramach biologicznej, a nie moralnej niedyspozycji, to jednak większość teorii niesłusznie doświadczanie alkoholizmu odcina od duchowego i społecznego aspektu. Zażycie LSD, jako wielce głębokie i silne doznanie, jest więc uzupełnieniem podstawowej terapii. Tymczasem nasi dwaj główni badacze doszli do wniosku, że to jednak nie podobieństwo do delirium tremens jest siłą narkotyku, lecz nagłe wypłynięcie wypartego, tłumionego wcześniej materiału, lub, w innych wypadkach, poczucie religijnej przemiany. Potwierdzały to analizy poszczególnych przypadków. Ochotnicy często mieli trudności ze znalezieniem słów na to co przeżyli przebywając pod wpływem LSD – ta niemożność wyrażenia siebie stała się mocną zagwozdką dla eksperymentatorów. Jednak można było znaleźć względnie stałe elementy przejawiające się u leczonych alkoholików, a które dobrze opisuje fragment z raportu psychiatrycznego:
Momentalnie zdobył jedność z Bogiem. Miał wizję, gdy leżał z zamkniętymi oczami, spiralnej klatki schodowej, gdzie rozmawiał z kimś innym. Okazało się to mieć dla niego wielkie znaczenie… wydaje się, że zdobył zrozumienie oraz wgląd w samego siebie.
Hoffer i Osmond dalej kontynuowali w Saskatchewan badania nad alkoholikami, którzy wyrazili chęć rzucenia nałogu. Starano się ustandaryzować spisywanie przeżyć przez pacjentów, tworzono formularze, zapiski obserwatorów o prawidłowej chronologii opisywanych przeżyć… jednak zawsze na końcu wąskim gardłem okazywały się słowa, które po prostu nie były w stanie opisać tego co zaszło. By lepiej zrozumieć opisywane przez ochotników doświadczenia większość obserwatorów również decydowała się spróbować narkotyku. By zobrazować Wam trudności przekazu – cytując jeden z dłuższych fragmentów sporządzonych przez badanego dzień po zażyciu LSD:
Smith skategoryzował ten przypadek jako klasyczną reakcję psychodeliczną. Pacjent doświadczył duchowego przeżycia, walki dobra ze złem, która zmieniła go i sprawiła, że nabrał pewności siebie. Terapeuta uważał ten przypadek za zapewne terapeutycznie udany, ponieważ reakcja na LSD była mocno uduchowiona, co korelowało z późniejszym pozostawaniem w trzeźwości. Jednak nie tylko duchowość dobrze robiła alkoholikom – Smith za czynnik dobrze rokujący uważał też rozwinięcie nowego poziomu samoświadomości.Jak mogę wytłumaczyć twarz, nikczemną, odpychającą i łuskowatą, którą wziąłem za rękę w czeluść piekielną, skąd przyszła, by następnie delikatnie usunąć tą łuskowatą rzecz z twarzy i zabrać ją za rękę wysoko, wysoko w stronę światła i zobaczyć twarz w pełni danego przez Boga piękna, tak wielkiego piękna, że naczynie nie może piękna utrzymać w środku, ale nie może wykipieć. Wydawało się, że moja głowa i ramiona i biodra na dole były oddzielone i mój żołądek był polem bitwy pomiędzy dobrem i złem… W końcu porozmawiałem [z doktorem] który wydawał się nie mieć problemów ze zrozumieniem rzeczy, które mu opisywałem, a które nie mogłem przelać na papier. To co czuję jest żywe i chciałbym być artystą i móc namalować to albo umieścić w muzyce czy wersie by podzielić się tym ze światem. To wydaje się być przeżyciem, które tylko ktoś kto widział skalę wszystkich emocji, poprzez LSD czy alkohol, może chociaż zbliżyć się do poznania czy uwierzenia nawet do tych najbardziej fantastycznych rzeczy które chcesz im przekazać. To wspaniałe uczucie móc wybrać czy iść do góry czy na dół. Zdecydowałem się iść do góry i czuć się czystym, świeżym i dobrym.
Wielość zbadanych przypadków pozwoliła badaczom wyciągać ogólne wnioski na temat charakteru terapii. Fundamentalnym odkryciem odnośnie psychodelicznych narkotyków była ich zdolność do wywoływania ogólnego odczucia bycia w jedności ze światem. Obserwacje ukazały możliwość LSD do wytwarzania głębokich doświadczeń prowadzących do osobistego wglądu, zrozumienia samego siebie, rodzaju transcendencji, duchowego oświecenia. Idąc dalej, doszli do wniosku, że stan ten, wywołany przez narkotyk, był terapeutyczny. Reszta świata medycyny jednak nie uwierzyła na słowo honoru.
Na pierwszy ogień poszły metodologiczne niedoskonałości przy próbie łączenia koncepcji medycznych, socjologicznych, psychologicznych, a w końcu i duchowych w kwestii wyjaśnienia źródeł alkoholizmu. Krytyce poddano też kryteria doboru kandydatów do eksperymentów, wszak większość zgłoszonych osób wyraziło bardzo znaczącą chęć zmiany. Osmond i Hoffer poproszeni zostali o powtórzenie wyników przy użyciu różnorodnych prób kontrolowanych.
Główna organizacja działająca w temacie badań nad narkotykami i alkoholem w Kanadzie, Fundacja Badań nad Uzależnieniami (Addictions Research Foundation) w Toronto wkroczyła w środek tej debaty przeprowadzając własną serię eksperymentów z użyciem LSD. W serii publikacji skrytykowali oni wcześniejsze badania za brak odpowiedniego przygotowania naukowej metodologii. ARF stwierdziło, że przedstawione wcześniej konkluzje z badań nad tego typu terapią LSD wprowadzają w błąd, ponieważ nie zaistniały odpowiednie czynniki izolujące wpływ narkotyku od innych zmiennych, które mogły wpłynąć na jakość leczenia.
Rzucona rękawica została podniesiona – w 1962 roku psychiatra Sven Jensen przeprowadził pierwszą w pełni kontrolowaną próbę terapii alkoholizmu LSD. Wyniki opierał na analizie 3 grup – pierwszy zespół alkoholików otrzymał LSD pod koniec pobytu w szpitalu (trwającego zazwyczaj kilka tygodni), drugi otrzymał terapię grupową. Trzecia grupa była leczona przez kolegów Jensena standardowo stosowaną terapią (sesje indywidualne, terapia środowiskowa, hospitalizacja). Eksperyment trwał dwa lata – sprawdzanie stanu pacjentów miało miejsce 6 i 18 miesięcy po badaniu. Wyniki pokazały, że 38 pacjentów z 58 osobowej grupy „LSD” (65%) pozostało trzeźwych przez cały okres po badaniu właściwym. Wynik całkiem wysoki, biorąc pod uwagę grupę drugą, gdzie kieliszka nie tknęło tylko 7 osób z 38 (18%). Jednak nawet ten wynik jest obiecujący, gdy spojrzymy na trzecią drużynę – abstynencja w 4 przypadkach na 35 (11%)…
W międzyczasie psychiatra Colin Smith rozpoczął swoje badanie. 24 ochotników zostało zaproszonych na 2-4 tygodniowy pobyt w szpitalu. We wczesnej fazie lekarz zachęcał ich do rozmowy na temat problemu alkoholowego. Podczas ostatnich dni tej wizyty pacjenci dostali pojedynczą dawkę od 200 do 400 mikrogramów LSD lub pół grama meskaliny. Wiedząc mniej więcej jak delikwenci mogą zareagować na narkotyk (omamy, przeładowanie zmysłów, błędna percepcja czasu…) Smith stworzył im środowisko pełne bodźców. Ochotnicy cały czas mieli za towarzysza pielęgniarkę bądź psychiatrę, mogli oddawać się malowaniu, ścinaniu kwiatów, słuchaniu muzyki, rozmowie. Po 8 godzinach, kiedy doświadczanie przestawało być tak dotkliwie inne, pacjenci wracali do swoich pokoi gdzie mogli wziąć lek na dobry sen. Następnego ranka proszeni zostali o sporządzenie pisemnego opisu swojego przeżycia.
Ochotnicy zostali jeszcze kilka dni w szpitalu, gdzie Smith radził im odnowić swoje znajomości w środowisku Anonimowych Alkoholików(2). Wyniki,
sporządzone ze szczegółowych wywiadów tak z zainteresowanymi, jak i ich rodzinami czy przyjaciółmi, świadczyły jednoznacznie – nikomu się nie pogorszyło. 12 pacjentów pozostało na tym samym poziomie zaawansowania chronicznego picia, 6 pacjentów zanotowało poprawę swojej alkoholowej sytuacji a kolejna 6 pozostała w trzeźwości 3 miesiące i 3 lata po eksperymencie. Jednak badanie to nie tyle potwierdza skuteczność LSD jako leku, lecz pokazuje jak dużo zależy od społecznego zaangażowania wokół osoby chorej. Całkowita abstynencja wiązała się z pomocą klubu AA, rodziny, znajomych, ze zmianą otoczenia, przyzwyczajeń. To właśnie te wszystkie zachowania skojarzone z alkoholem okazały się czynnikami w znacznym stopniu skłaniającym do sięgnięcia po kieliszek.
ARF nie pozostało dłużne. Smart, Storm, Baker i Solours zaprojektowali eksperyment izolujący efekt narkotyku przed analizą jego skuteczności. Podawali LSD ochotnikom i następnie zasłaniali im oczy opaską lub/i fizycznie krępowali ich ruchy. Poinstruowali obserwatorów by nie kontaktowali się z osobami badanymi, stwarzając środowisko w minimalnym stopniu zanieczyszczające efekt działania narkotyku bodźcami. Badanie miało za zadanie wyjaśnić, czy to LSD ma właściwości terapeutyczne, czy to entuzjazm eksperymentatorów i obserwatorów wpływał na wyniki. Ochotnicy z badania ARF wykazali nikłą poprawę, jednak ogólnie nie była ona tak wielka jak wyniki terapii Hoffera i Osmonda. Konkluzją badania było oznaczenie LSD jako nieefektywnego środka terapeutycznego gdy jest on testowany w kontrolowanych warunkach, co z metodologiczną siłą było dość ciężką krytyką dla kwasowych opozycjonistów.
Lecz to właśnie do tej żelaznej metodologii przyczepiła się grupa z Saskatchewan. Stwierdzili oni, że sama konstrukcja eksperymentu wymuszała nieudolne wyniki terapii. Zmniejszenie komfortu przeżywanego doświadczenia powoduje pojawienie się reakcji lękowych, co utrudnia, lub wręcz uniemożliwia poprawne leczenie. Dodatkowo, z własnych doświadczeń wiedzą, że środowisko ma bardzo duży wpływ na proces zmiany – nie wiadomo czy narkotyk czy otoczenie jest ważniejsze, lecz trzeba oba czynniki brać pod uwagę. Dlatego też badanie ARF nie wyjaśniło charakterystyki terapii, lecz pokazało tylko, że istnieje jakaś reakcja na podanie LSD. Eksperymenty leciały dalej…
Dania, rok 1962 – publikacja badania, które we wnioskach konkluduje, że LSD powoduje u ochotników wysoki poziom lęku i niepokoju, co strachem skłania ich do pozostania w trzeźwości. Odbijają się więc echem wcześniejsze teorie o delirium tremens. Czechosłowacja, rok 1966 – badanie określa skuteczność LSD jako „dobrą” w przypadku leczenia zaburzeń osobowości.
Wracając do alkoholizmu, to psychiatrzy z USA pokusili się nawet o stworzenie podwójnej ślepej próby. W 1971 roku zostało przeprowadzone badanie na 135 chronicznych alkoholikach. „Psychodelic peak therapy”, jak nazwali ją twórcy, polegała na łączeniu psychoterapii z sesjami LSD które miały wyzwolić pozytywne
doświadczenie prowadzące do wglądu. Prawdopodobnie inicjatorem samej idei był Stanislav Grof, który zajmował się taką właśnie „turbopsychoanalizą” u siebie w Czechosłowacji. Eksperyment polegał na podzieleniu pacjentów na 2 grupy – 450 mikrogramów oraz 50 mikrogramów LSD podawanego podczas sesji. Ochotnicy byli następnie sprawdzani 6, 12 i 18 miesięcy po skończeniu terapii w szpitalu. Grupa wysokiej dawki po 6 miesiącach statystycznie lepiej punktowała na skali ogólnego dostosowania oraz zachowania związanego z piciem. Później wyniki wyrównywały się, także kolejne okresy nie przedstawiały istotnej różnicy. Obie grupy jako całość wypadły jednak znacząco lepiej na tle grupy tylko hospitalizowanej. Im później jednak tym mniej tego typu badań zostało przeprowadzanych. Debata nad skutecznością trwa więc dalej.
Zwolennicy tej chemicznej terapii, wpadając w coraz bardziej filozoficzne wyjaśnienia zbliżają się do krawędzi głównego nurtu badań medycznych. Rozwój innych medykamentów, leków antypsychotycznych i antydepresyjnych sprawił, że leczenie farmakologiczne nabrało bardziej prostego i płytkiego wymiaru. Leki zaczęły dawać wymierne rezultaty w obniżaniu symptomów choroby potwierdzone wielokrotnie w kontrolowanych próbach przy coraz bardziej wyśrubowanych warunkach.
Terapia LSD jawiła się jako jeden intensywny punkt zwrotny zmieniający człowieka. Hoffer i Osmond wyszli z teorii o nierównowadze biologicznej u alkoholików, lecz wyjaśnienie to okazało się nie określać w całości tego, co działo się na sesjach. Częste odnoszenie się do Boga aż prosiło się by uwzględnić je w hipotezach wyjaśniających rezultaty, a wysoka skuteczność wykazywana przez sympatyków sprawiała, że LSD rosło do rangi prostej i pewnej metody zwalczenia alkoholowego problemu w całym społeczeństwie. Hurraoptymizm rozbił się o mur metodologii testów klinicznych, co do której narkotyk nie mógł się odnieść. Komentowanie wyników wczesnych badań pozwoliło jednak spopularyzować walkę z problemem alkoholowym, skłoniło badaczy do konstruowania coraz bardziej obiektywnych eksperymentów oraz zwróciło uwagę na kulturowe i społeczne aspekty tej choroby – co z kolei pozwoliło stworzyć prężnie i skutecznie działającą grupę Anonimowych Alkoholików.
Lecz dostrzec możemy też negatywne skutki szału na punkcie LSD. W 2002 roku National Health Service (NHS) zgodził się wypłacić 195.000 funtów 43 byłym pacjentom szpitala psychiatrycznego, ponieważ byli oni poddani terapii LSD w latach 1950-1970. Nie byli jednak alkoholikami, lecz osobami cierpiącymi na ciężką depresję, schizofrenię czy depresję poporodową. Psychiatrzy przesadzali więc ze stosowaniem „cudownego leku”, podobnie jak to miało miejsce z lobotomią.
LSD jest jedną z najbardziej aktywnych psychodelicznie znanych człowiekowi substancji. Jest toksyczna, zaburza percepcję nie tylko otaczającego nas świata, ale także tego wewnętrznego, wpływa na rozumienie, samoświadomość. Rezultat zażycia tego narkotyku zawsze jest niewiadomą – na pewno jednak jest on znaczący i głęboki, zwłaszcza w dużych dawkach. Wymienione wyżej eksperymenty rzeczywiście uwydatniają jakąś moc LSD, prześledzić muszę jednak jeszcze wielkość tej zmiany zachowania, bo coś mi się wydaje, że nie ogranicza się ona tylko do odstawienia wieczornego piwka.
A jak Wam się widzi taka terapia?
(1)Osmond, i inni, odkrywali odpowiednie dawkowanie poprzez eksperymentowanie na sobie.
(2)Sam Bill W., założyciel AA, po przeczytaniu wyników badań eksperymentował z LSD jako środkiem przeciwko chorobie alkoholowej. Po kilku sesjach przerwał, jako że kłóciło się to z jego rolą w organizacji poświęconej wytrwaniu w trzeźwości. Nie przestał jednak korespondować z Hoffnerem i Osmondem oraz zachęcać ich do przedstawiania koncepcji duchowości w terapii uzależnień.
Z ciekawostek:
Agresywne myszy pod wpływem LSD stają się bardziej agresywne, a te bardziej obronne, jeszcze spokojniejsze. LSD zdaje się więc wydobywać i wzmacniać najbardziej charakterystyczną cechę osobowości.
Agresywne myszy pod wpływem LSD stają się bardziej agresywne, a te bardziej obronne, jeszcze spokojniejsze. LSD zdaje się więc wydobywać i wzmacniać najbardziej charakterystyczną cechę osobowości.
Dyck, Erika. 2006. “‘Hitting Highs at Rock Bottom’: LSD Treatment for Alcoholism, 1950-1970.” Social History of Medicine 19, no. 2: 313-329. SocINDEX with Full Text, EBSCOhost (accessed February 16, 2010).
Krsiak M, Borgesova M, Kadlecova O. LSD-accentuated individual type of social behaviour in mice. Activitas Nervosa Superior [serial online]. August 1971;13(3):211-212. Available from: PsycINFO, Ipswich, MA.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
